Pilna wiadomość

 

07-09.04.2017
Międzynarodowe Targi Łowieckie
EXPOHunting

 

 

Menu Klubowicza

Wyprawy
ABC Safari - pamięci Janusza Sikorskiego

ABC Safari

Opowiadanie Andrzeja Niewiadomskiego zadedykowane pamięci Janusza Sikorskiego

Afryka

wyprawa w 2008 roku.

Jak, kiedy i gdzie?

Wyprawa do Afryki zaczyna się na wiele miesięcy przed wyjazdem. Najpierw w marzeniach. Człowiek myśli o polowaniu na Czarnym Lądzie coraz częściej. Później ma sny, piękne i kolorowe niczym kino akcji. Ten etap jest trochę męczący bo wprowadza odrobinę chaosu. Wreszcie przychodzi czas na przegląd publikacji. Pożycza się książki o Afryce, część się kupuje i pochłania wieczorami i nocami. I właśnie to (wiedza z książek) jest pierwszym krokiem. Człowiek siada w swym ulubionym fotelu i w świetle lampy pochłania wiedzę. Ważny jest ten klimat, światło z żarówki i wygodne siedzisko. Moje ma ze sto lat i pochodzi z Anglii. Jest jak wehikuł czasu. Jak w nim siedzę to marzenia stają się barwne, nabierają smaku życia, jednocześnie układają się same w plan na przyszłość. Ot i magia mojego starego, angielskiego fotela. Mówię Wam nie jest to zwykły kolonialny „chair”. Ma swoją historię i tworzy nową. Tak jak już wspominałem siadam i w świetle żarowym  mojej lampy czytam. Nie jest to też zwykle czytanie, bo takie nie rozwija wyobraźni. W moim przypadku do książki wystarczy szklaneczka szkockiej (bez dodatków rzecz jasna) i cygaro. Moim ulubionym jest Cochiba. Kubańskie i nie za mocne. Mając to o czym wcześniej napisałem pożeram wiersze tekstu. Czasami zatrzymuję czytanie aby móc marzyć chwilę dłużej. Jakiś opis czytam dwa lub trzy razy i delektuję się nim jak wybornym trunkiem. Tak mijają wieczory i  tygodnie. I nareszcie jest w głowie upragniona wizja. Wiem gdzie chcę jechać i po co. Na pewno polowanie i na początek Namibia. Są tu antylopy, które mogą kapitalnie zainicjować afrykańskie trofea, tu także żyje stepowa zebra, piękna skóra i klasyka safari. W najskrytszych marzeniach gepard. Duzy szybki kot i wspaniałe trofeum. Kolejne tygodnie spędzam na lekturze biologii interesujących mnie gatunków. Sięgam nawet po opowiadania i reportaże z Namibii. O rany!  Nawet się nie spodziewałem ile tego jest. Docieram nawet do filmu DVD. Oglądam go jednym tchem. Film przybliża mi polowanie i zapala we mnie ogień. Chcę jechać, postanowiłem. Ale z kim, jakie biuro polowań mam wybrać? Jest przecież na naszym rynku wielu nieuczciwych organizatorów. Nawet jednego dobrze poznałem. Wiele ma drań na sumieniu, ale nie warto wspominać jego osoby przy tak  miłym temacie. Rozpytuję znajomych, szukam w Internecie, szukam w zasobach mojej pamięci. Miałem parę miesięcy wcześniej kontakt ze wspaniałym preparatorem z Bytomia. Przypominam sobie, że wspominał mi o jakimś organizatorze, uczciwym i sprawdzonym. Dzwonię natychmiast do Andrzeja, który kontaktuje mnie z Michałem. Michał jest właśnie tym organizatorem. Kojarzę go z reklamami w „Łowcu Polskim”. Gadamy przez telefon ponad godzinę. Nie znam faceta, ale wydaje mi się miły. Jest sympatyczny, ma budzący zaufanie, choć lekko chrypiący głos. Jest młody i prowadzi „Firmę”  z ojcem. Proszę go o możliwie maksymalną ilość informacji na maila. Materiały nadchodzą jeszcze tego samego dnia. Wnikliwie je przeglądam, analizuję i podniecam się wyjazdem coraz bardziej. Jest to cholernie miłe uczucie, jak marzenia zaczynają przybierać postać żywą. Czujesz się może jeszcze nie spełniony ale spełniany. Jesteś w trakcie, wierzcie mi ,to jest też bardzo przyjemne. Nie byłbym sobą, gdybym nie szukał alternatywnych wyjazdów i innych biur polowań komercyjnych. Musiałem mieć tz. ogląd sytuacji w zakresie usługi, ceny, terminów no i co najważniejsze oferty miejscowych farm. Spędzam na tę okoliczność kilkadziesiąt godzin w Internecie. Robię to z przyjemnością, bo ciągle dowiaduję się nowych rzeczy, moja wiedza jest ciągle większa i rozleglejsza w temacie namibijskich polowań. Robię tabelki porównawcze cen i warunków, taki mój prywatny ranking. W efekcie wybieram ofertę Michała. Ważna jest dla mnie jego rekomendacja, a również rekomendacja Andrzeja- preparatora z Bytomia. Zgłaszam Michałowi swoją deklarację wyjazdu. Michał załatwia wizę do Namibii i bilet samolotowy. Jest ustalony termin wyjazdu. Miała jechać grupa kilku myśliwych. W ostatniej chwili dowiaduję się , że lecę sam. Ok. mówię, nie ma tego złego……….. Mam większe szanse na geparda.

Przygotowania.

Teraz zaczyna się drugi etap przygotowań. Trzeba podreperować szafę z ciuchami safari. Parę profesjonalnych rzeczy mam, bo przecież nie dawno byłem na polowaniu w Argentynie. Afryka jednak ma swoją specyfikę. Tu jest trochę inny klimat. W czerwcu jest tu zima i noce są chłodne. Trzeba pomyśleć o czymś ciepłym na poranne polowania. Ważne jest również , aby odzież wierzchnia (spodnie i bluza czy koszula) były z mocnego i odpornego materiału. Krzewy tu mają okrutne ciernie i rwą na człowieku wszystko jak drut kolczasty. Potrzebne jest również obuwie specjalne, w miarę lekkie lecz wysokie i szczelne. W czasie namibijskiej zimy bardziej aktywne sa tutejsze węże a dobre obuwie przed nimi ochroni. Zresztą o wyprawce napiszę dalej. Korzystając z książek i doświadczeń moich poprzedników na Czarnym Lądzie ,ruszyłem na zakupy po warszawskich sklepach myśliwskich. Z przykrością muszę powiedzieć, że oferta jest symboliczna. Jeden pełny zestaw safari kupiłem w M.K. Szuster na Waszyngtona w Warszawie, resztę dokupiłem w „Kalibrze” na ul.Kolbego. Mam pełny zestaw safari. Dwa komplety. Wieczorami oglądam moje zakupy, rozmyślam nad realiami w Namibii. Dumam co wziąć a czego nie brać. Etap kompletowania ekwipunku jest również twórczy. Człowiek wyobraża sobie różne ewentualności, różne zasadzki i niewiadome. Boimy się zaskoczenia. To przecież naturalne. Dla mnie przygotowanie ekwipunku to także powód przyjemnych marzeń i rozmyślań. Snucie planów, po prostu frajda. Później przyszła kolej na karabin. Najpierw dokładnie wyczyściłem mojego Blasera. Osadę dokładnie zaolejowałem, tak na wysoki połysk. Mój jest w standardzie Attache i ma bardzo ładne drewno na osadę. Po moich „ namiętnych pieszczotach” wyglądał jak egzemplarz wystawowy. Następnie wszystko pokryłem specjalnym teflonem konserwacyjnym do broni „Wolff” i każdą część z osobna zapakowałem w oddzielny firmowy woreczek z bawełny i skrupulatnie ułożyłem w walizce podróżnej Blaser’a. Do wszystkiego dopakowałem składany wycior Beretta z końcówkami ,maleńkie pudełeczko smaru, maleńkie Wolffa, olej Beretta oraz lunetę Swarovski. Walizeczkę zamknąłem i zaszyfrowałem zamek. Amunicję 7 mm Rem. Mag. W ilości 40 sztuk zapakowałem do oddzielnego hermetycznego pojemnika i do bagażu zasadniczego. Jeszcze tylko trzeba zobaczyć, czy nie zapłacę na lotnisku za nadbagaż. Waga łazienkowa mało precyzyjna, ale biorę poprawkę na błąd. Jest Ok. Nie przekroczyłem limitu. W bagaż podręczny pakuję lornetkę, kamerę video i aparat, ciepłą kurtkę i drobiazgi na drogę. Wcześniej kupiłem specjalną kieszeń na pasku, w którą wkładam paszport, wizę i karty kredytowe, kasę, bilety lotnicze, pozwolenie na broń i inne dokumenty. Kieszeń tą zakłada się pod koszulę i ma ona chronić nas przed złodziejem. Patent niezły i myślę, że nie jednego złodzieja wywiódł w pole a właściciela kieszeni uchronił od strat. Jeszcze raz sprawdzam to wszystko. Parę chwil zastanowienia. Jeszcze chwila skupienia, wytężam intelekt. Ok. Jest wszystko. Mogę startować.

Podróż.

Żona wiezie swojego bohatera na lotnisko Okęcie. Mamy niedaleko z Radości na lotnisko ok. 60 minut. Przez drogę rozmyślam, czy aby wszystko spakowane, czy nie zapomniałem o czymś, jakimś drobiazgu. O, już jesteśmy, zleciało szybko. W samochodzie czule żegnam się z żoną. Wysiadam  i udaję się do odprawy bagażu. Potem odprawa celna i graniczna broni. Numery się zgadzają, wszystko jest w porządku. Jeszcze raz sprawdzam zawartość kufra na broń, układam, zabezpieczam przed uszkodzeniem. Mam taki swój sposób, utykam w puste miejsca paski gąbki. Zdaje egzamin, szczególnie w przypadku lunety celowniczej. Podróż daleka i z przesiadkami. to bagaże foliuję. Szczególnie kufer Blasera. Mój nowy nabytek. Jest z tworzywa obciągniętego bardzo miękką skórą zamszową. Szkoda go szybko zniszczyć. Broń i bagaż w którym jest amunicja zostają zapieczętowane a następnie wyposażone w specjalne zawieszki i odprawione bezpośrednio do Windhoeku. Wszystko gra. Jestem po odprawie, jeszcze parę drobiazgów na „bezcłówce” i za chwilę lecę do Frankfurtu.

Frankfurt ,duże lotnisko, dosyć dobrze zorganizowane. Kto tu jest pierwszy raz może się zagubić. W takim przypadku często trzeba korzystać z informacji. Punktów informacyjnych jest tu wystarczająco dużo. Nagle dowiaduję się, że dzisiaj nie lecę do Windhoeku. Z przyczyn technicznych lot jest przełożony z 02 czerwca 21-00 na 03 czerwca 07-00 rano. Wkurzyłem się na taką wiadomość. Tłumaczę sobie, że może i dobrze jak jest przerwa w podróży, będzie mniejsze zmęczenie. Jednak zadra we mnie tkwi. Namibijskie Linie Lotnicze fundują mi hotel, nawet luksusowy i kolację ze śniadaniem. Nie pamiętam nazwy hotelu, ale był co najmniej czterogwiazdkowy. Zameldowałem się, zostawiłem bagaż w pokoju i ruszyłem do restauracji hotelowej na kolację. Tu wśród kilkudziesięciu gości wyraźnie widoczny był podział na podróżnych pod względem celu podróży. Garniturowcy w lekko pomiętych marynarkach to biznesmeni wiecznie w powietrzu za nowym groszem. W trakcie jedzenia, lotu, pitych kaw wiecznie nad laptopem. Mania ulepszania wszystkiego. Obciążeni pracą jak niewolnicy. Czy mają czas na przyjemności? Któż by to wiedział. Ci jedli sałatki , potem koniak, kawa i papierosek. Siedzieli oddzielnie w patio, bo w Niemczech w knajpach się nie pali, lub tylko w wyznaczonych strefach. Inna grupa całkiem niepalących „starych-młodych” , ubranych w sportowe ciuchy, w adidasach do wędrówek górskich, w t-shirtach z różnymi śmiesznymi napisami, to turyści. Napaleńcy na podróże i wędrówki. Amatorzy fotografii plenerowej. Ludzie w zaawansowanym średnim wieku, panicznie chcący przedłużyć swą młodość. Wyróżniały ich wypielęgnowane twarze, zadbane ręce, nieskazitelne paznokcie i żylaste wysportowane ciała. Idealne fryzury jak z amerykańskich filmów. Daj im Boże sto lat i więcej. Jeszcze inna mała grupka to studenci. Trochę głośni, trochę niesforni, ale to młodość daje im takie prawo. Kiedy człowiek ma hulać jak nie w młodości. Od ich śmiechu poprawiał mi się humor i już nie myślałem o straconym dniu. Kolejna grupa, która się nie załapała na lot na Czarny Ląd to pięciu facetów. Nie trudno odgadnąć celu ich podróży. Wszyscy ubrani na zielono lub piaskowo. Spodnie typu bojówki, kamizelki z wieloma kieszeniami i pikowanym zamszem na prawym ramieniu. Niektórzy z kapeluszem. Koszule safari, typowe płótna z kieszeniami na piersiach i pagonami. Ich wygląd zewnętrzny nie budził żadnych wątpliwości. Mieli po pięćdziesiąt, pięćdziesiąt kilka lat. Sterczały im brzuchy, a ręce i paznokcie wskazywały na częste kontakty z przyrodą. Nie byli wypielęgnowani. Popijali piwko i jedli kolację ufundowaną przez przewoźnika. Byli głośni. Trochę przeklinali. To grupa Niemców, jak się potem okazało polowali na sąsiedniej farmie. Z ich zachowania w hotelu było widać duże podniecenie. Planowali, gadali z pasją, podniecając się przy każdym słowie określającym gatunek zwierzyny łownej. Cholera wie, podniecali się ciągle i syczeli jak czajnik i burczeli jak kipiący garnek. I co chwila: - Ja.  –Ja.

Wypiłem szklaneczkę whisky i poszedłem spać. Rano odprawiłem się z bagażem podręcznym i poleciałem do Namibii. Niemcy o których wcześniej pisałem, z równą wczorajszej pasją, gadali całą drogę o polowaniu. Pokazywali sobie książki, czasopisma, dyskutowali. Nawet przez moment się pokłócili, ale nie załapałem o co. Głosowali i nie dali mi spać. Szlag mnie trafiał i nie wytrzymałem. W duchu pomyślałem: „Nie będzie Niemiec pluł nam w twarz”, wstałem i poprosiłem o ciszę. Poparła mnie jakaś amerykanka w „sile wieku”. Trochę się uspokoili. Przedrzemałem do końca lotu. Lądujemy, mam trochę tremy. Nie wiem jak z bronią i bagażem, jak z amunicją. Jaka będzie odprawa. Miałem tremę bo jak wracałem z Argentyny to zginęła mi broń. Myślałem wtedy, że zwariuję. Taka trauma. Teraz miałem tremę. Zupełnie niepotrzebnie. Wszystko było w porządku. Przyleciał bagaż i broń. Odprawa krótka, bezproblematyczna, zawęziła się tylko do sprawdzenia numerów na lufie Blasera. Wychodzę do hali głównej. Tu czeka na mnie Wolfgang z Mushom. Wolfgang był później moim opiekunem, myśliwym zawodowym z Namibii. Sterczą na samym przedzie z kartką z moim nazwiskiem. Wcale mnie nie znali, ale jak wyszedłem to z uśmiechem, bardzo czule mnie przywitali. Michał musiał mnie szczegółowo opisać, albo jestem charakterystyczny, sam nie wiem. Godzina 18-00 w Namibii już jest ciemno. Pakujemy się do busa i gnamy na farmę. Jest ona położona ponad dwieście kilometrów od lotniska. Około stu gnamy asfaltem. Dobra równa droga. Ruchu prawie nie ma, czasami tylko mija nas jakieś auto. Potem skręcamy i już ostatnia „stówka” bita droga gruntową, ale dwukierunkową i dosyć szeroką. Co chwilę drogę przebiegają antylopy, czasami duże gryzonie czy szakale. Wszystko dla mnie tu jest nowe. Jestem zachwycony. Jednocześnie podziwiam krajobraz i gadam z Wolfgangiem o planach polowań. Wyciągam setki informacji, które w formie pytań zalegały w mojej głowie. Wolfgang jest Namibijczykiem niemieckiego pochodzenia. Na co dzień porozumiewa się po niemiecku. Jego angielski ma tak wyraźny akcent i intonację niemiecką, że jest mało zrozumiały. Na początku jest mi ciężko złapać kiedy mówi po angielsku, a kiedy po niemiecku. Powoli się do tego przyzwyczajam. Z każdym nowym zdaniem, lepiej go rozumiem. O resztę dopytuję. Uzyskuję wyczerpujące odpowiedzi. Wolfgang jest bardzo grzeczny i usłużny. Jest to bardzo wysoki chłop po pięćdziesiątce. Mocno opalony. Jego skóra jest lekko pomarszczona i sucha. Z obrośniętej zarostem twarzy sterczy długi, wąski i ostry nos. Lekko siwe włosy w dużym nieładzie. Wąskie usta, prawie niewidoczne pod zaroślami wąsów. Oczy ciemne, szczere lecz lekko przekrwione, pewnie od ostrego słońca, lub zimnych zakąsek. Postura chudzielca, podkreślona jeszcze wzrostem. Ciuchy w typie safari wisiały na nim jak na kiju od szczotki. Zdeformowany kapelusz na głowie, zapocony i poplamiony. Chłop zaniedbany i z daleka wyglądał jak nasz rodzimy strach na wróble. Trochę szorstki w obyciu i szalenie małomówny. Z drugiej strony szalenie życzliwy, etyczny, wyrozumiały i co najważniejsze profesjonalny. Na tej farmie jest już trzeci sezon jako zawodowy myśliwy. Dojeżdżamy. Brama farmy jest otwarta, w dali małe zabudowania. Po obu stronach bramy szerokiej na pięć, sześć metrów dwa wysokie na osiem metrów maszty. Na jednym flaga narodowa Namibii na drugim Polski. Biało-czerwona lekko łopotała na wietrze. Ja poczułem się jak dyplomata, jak przedstawiciel naszego Kraju, jak misjonarz. Teraz wiem, nie mogę dać plamy. Reprezentuję tu Polskę. Zakręciła mi się łza w oku. Zdusiłem w sobie swoje wzruszenie, przecież jestem twardzielem. Czarni pracownicy najemni farmy zabrali moje bagaże do pokoju. W drzwiach przywitała mnie Assi właścicielka farmy, chwilowo słomiana wdówka. W jadalni czekała już na nas ciepła kolacja. Zasiedliśmy we czworo do kolacji. Była afrykańska dziczyzna, ale nie pomnę co. Na pewno było smaczne. Zjadłem w zasadzie bez słowa. Po podróży głód dał znać o sobie. Potem napalono w kominku i zasiedliśmy przy tz. telewizji buszmenów, czyli otwartym ogniu. Popijaliśmy whisky i planowaliśmy mój pobyt. Określiłem chęć pozyskania interesujących mnie gatunków. Potem razem knuliśmy o możliwościach, terminach miejscach. Nie chce opisywać jaki miałem wówczas mętlik w głowie. Tu słuchałem Assi i Wolfganga, z drugiej strony myślałem o tym co mnie czeka już jutro rano. Szkocka trochę zakręciła mi się w głowie, poczułem zmęczenie i senność. Moi towarzysze też nie ukrywali swojego stanu. Grzecznie ich przeprosiłem i poszedłem do swojego pokoju. Krótki prysznic i do łóżka. Przykryłem się pod nos, bo noce są zimne do ok.3 stopni a pokój nie ma ogrzewania. Było dobrze i wcale nie zmarzłem. Rano obudziłem się zrelaksowany i pełny energii.

Polowanie dzień pierwszy.

Wstałem bardzo rano. Była chyba szósta piętnaście. Ale emocje. Ile pytań w mojej głowie. Żadnej odpowiedzi. Mętlik. Myślę cały czas o buszu. Poranna toaleta mycie, żadnych zapachów, żadnej męskiej wody. Bezzapachowe mydło i dezodorant. W pokoju jest chłodno, więc ubieram się raczej ciepło. Spodnie bryczesy z grubego, ale miękkiego drelichu, grube i jednocześnie przewiewne skarpety Maindl’a i długie do kolan buty w typie safari. Zakładam podkoszulkę i koszulę. Poprawiam fryzurę i idę na śniadanie. Och, jak mi dobrze. Śniadanko jak u mamy. Jakiś serek twarogowy, kawa z mlekiem, masło chleb własnego wypieku. Chleb pełnoziarnisty z otrębami. Smaczny i zdrowy, idealny na „wiatry”. Powidła z jakiś afrykańskich owoców, miód wędlinki. Moją uwagę przykuła wędlina czarna, podsuszana, wędzona i niezwykle chuda. Była to wędzona polędwica z kudu. Wyborna w smaku. Wyjątkowa. Pochłaniałem jej plastry, każdego dnia z równym smakiem. Przez cały pobyt jadlem ją codziennie i nie znudziła mi się wcale.Po śniadaniu zabrałem z pokoju broń, amunicję, lornetkę i ciepłą kurtkę. Na dziedzińcu farmy czekał już na mnie Wolfgang i czarni tropiciele. Zanim ruszyliśmy w drogę, udaliśmy się na tyły farmy. Była tam prowizoryczna strzelnica. Należało przystrzelać broń. Wolfgang umocował tarczę z czarną dychą i przyszedł do mnie. Stanął za moimi plecami z lornetką przy oczach i patrzy w tarczę. Ja natomiast wygodnie usiadłem, wprowadziłem do komory jeden nabój, rozstawiłem szeroko łokcie, poprawiłem raz jeszcze skład i strzeliłem. Wolfgang z kurtuazyjnym zdziwieniem mówi, że powinniśmy podejść do tarczy i sprawdzić. Ok, odpowiadam i ruszamy. Dopiero przy tarczy zrozumiałem o co mu naprawdę chodziło. Nie widział przestrzeliny bo kula trafiła w dziesiątkę, która była czarna tak samo jak tło za tarczą. Myślał, że nie trafiłem w tarczę, ale pokornie miał nadzieję, że może się mylić. W Polsce na przykład nie jeden łowczy prowadzący coroczne strzelanie tarzał by się ze śmiechu, gdyby ktoś nie trafił w tarczę. Drugi raz już ne strzelałem. Wróciliśmy do samochodu. Pojechaliśmy w dal. Za Toyotą pozostawał tuman kurzu. Ja i Wolfgang siedzieliśmy na „koźle” zbudowanym na pace samochodu. Górne orurowanie stanowiło dla nas poręcz do trzymania, a przedzierając się przez krzaki chroniło przed dotkliwymi kolcami. Jazda nie była bardzo przyjemna, bo żołądek i wszystkie wnętrzności w czasie jazdy po terenie „tańczyły” cza-czę. Jechaliśmy dość długo, przez typowy afrykański busz po przez drogi i bezdroża. Dotarliśmy wreszcie do ogromnej sawanny. Z oddali widać stada dużych czarnych antylop. Jeszcze nie wiem jakich. Odstawiamy samochód. Idziemy w podchód. Lekko pochyleni skradamy się pomiędzy wysokimi trawami. Prowadzi Wolfgang, podpierając się pastorałem. Zaraz za nim idę ja ze swoim Blaserem na ramieniu. Przemierzamy dziesiątki i setki metrów w ciszy. Wszelkie informacje Wolfgang przekazuje mi językiem migowym. Rozumiemy się doskonale on mnie a ja jego. Pokazuje mi głębokie jamy, dzieło tamtejszych gryzoni. Pokazuje krzewy, które swoimi kolcami „łapią” człowieka jak rzep za spodnie czy koszulę. Ciężko jest się wyswobodzić z ich namiętnych objęć. Idzie się ciężko, w tych trawach. Taka pozycja na wpół zgięta sakramencko męczy. Trzeba często odpoczywać. Jeszcze te słońce, które już od ósmej rano zaczyna przygrzewać i praży plecy. Po twarzy spływają strużki potu. Podchodzimy na jakieś sto pięćdziesiąt  metrów stado. Są pomieszane gatunki. Czarne i błękitne gnu, byki i krowy oraz cielęta w jednej grupie- stadzie. Jestem tu pierwszy raz i dostaję oczopląsu. Pytam błagalnie Wolfganga (wzrokiem oczywiście) „którego strzelać”. Natychmiast otrzymuję odpowiedź, to znaczy, że zrozumiał moje pytanie. Rozkłada mi pastorał i szepcze do ucha: „- Strzelaj trzeciego od lewej, duży byk, ładne trofeum” . Ustawiam się, układam karabin na pastorał, przymierzam. Drobna regulacja lunety, i trzymam byka błękitnego gnu w krzyżu. Trochę się jeszcze rusza, jest niespokojny. Może to instynkt, może inny zmysł, może złapał wiatr? Cholera, kiedy stanie?- myślę. Jestem coraz bardziej niecierpliwy. Po kilku sekundach byk staje nieruchomo „na blat”. Poprawiam skład i oddaję celny strzał na komorę. Szybkie przeładowanie i strzelam drugi raz na tzn. „wysoką łopatkę” byk zwalnia. Stado zerwało się i biega w koło byka. Część osobników stada odbiło w prawo i poszło w sawannę. Pozostał po nich tylko kurz. Reszta zdezorientowana biega, a mój byk już prawie stoi w miejscu na chwiejnych nogach. W tumanach kurzu widzę go, jak stoi i ostatni raz ogląda sawannę. Wreszcie kładzie się. Kurz opada po woli na ziemię. Krajobraz robi się znowu czysty i krystaliczny. Widać już poziome linie falującego powietrza. Wolfgang mówi: - „Dobry strzał”. Ja uśmiecham się zawadiacko i przyjmuję od niego i czarnych tropicieli gratulacje. Siadamy na trawie. Wolfgang wyciąga z kieszeni swoich wysłużonych spodni paczkę „fajek”, zapala. Z drugiej kieszeni bierze „afrykańską turystyczną popielniczkę”. Jest to szklana buteleczka po lekarstwach z metalowym, zakręcanym korkiem. Jest już w niej jeden pet, pewnie ten z rana. Do buteleczki strząsa popiół z pietyzmem i baczeniem aby nic nie upadło na wysuszoną słońcem trawę. Połyka dym wielkimi haustami. Papieros maleje w oczach. Za niewielką chwilę gasi wypalonego peta, zakręca korek i wstaje majestatycznie. Coś tam marudzi pod nosem. Trudno zrozumieć w jakim języku, czy po niemiecku czy po afrykanersku. Wszyscy jak na komendę Wolfganga wstajemy i idziemy w miejsce postrzału. Wysokie trawy kują w nogi, przedostając się przez przecież grube spodnie. Co jakiś czas trafia się kolec z niskiego kującego krzewu. Ciernie są zdecydowanie bardziej bolesne od kujących traw. Dochodzimy na miejsce. Byk leży. Jest wielki i rogi ma piękne, duże, dorodne i spolerowane. Lśnią w słońcu niczym złoto. Jestem dumny. Proszę Wolfganga, żeby zrobił mi kilka zdjęć. Tropiciele ustawiają byka w odpowiedniej pozycji i zaczyna się sesja. Wolfgang cyka zdjęcia jedno za drugim. I tak w domu wybiorę najlepsze. Ustawiam mu kamerę na „automat” i z uśmiechem, oraz nieskrywaną satysfakcją pozuję do zdjęć. Tropiciele jeszcze mi kilka razy gratulują. Chyba jest tu taki zwyczaj, że jedne gratulacje nie wystarczają. Wolfganga już nie widzę w naszej grupce. Jego wyciągnięta, lekko przygarbiona postać oddala się na sawannie. „-Poszedł po samochód” –tyle zrozumiałem z bardzo kaleczonego angielskiego mojego czarnoskórego tropiciela. Tuman kurzu zwiastuje rychły przyjazd Toyoty prowadzonej przez Wolfganga. Ustawia się tyłem do tuszy. Uruchamia wyciągarkę elektryczną zamontowaną na pace samochodu. Sprawnie obwiązuje tylne cewki antylopy i przy niewielkiej pomocy tropicieli wciąga ją na skrzynię. Zamyka burty, porządkuje wyciągarkę i jesteśmy już gotowi do powrotu do naszego obozu. Trzeba się uwijać, bo antylopa jest niepatroszona a temperatura już około trzydziestu w słońcu. Ostre promienie muskają mnie po twarzy. Nie czuję jeszcze opalenizny, bo to przecież mój pierwszy dzień w afrykańskim buszu. Słońce jest tu bardzo zdradliwe, o czym przekonam się w niedalekiej przyszłości. Myślę o mojej pierwszej zdobyczy gnu. Ile wiem o jego biologii? Gnu błękitne  mają  swą nazwę od szczególne pięknego ubarwienia z lekkim niebieskim odcieniem, co jest dobrze widoczne o wschodzie lub zachodzie słońca. Sylwetka tego roślinożercy jest bardzo ładna i interesująca, długie nogi przypominają antylopę, głowa z zawiniętymi rogami jest jak u groźnego hiszpańskiego  byka – przeciwnika torreadora, a ogon zapożyczony od konia. Prawdopodobnie z tego powodu pierwsi osadnicy holenderscy nazwali gnu - blue wildebeest co oznacza - niebieska dzika bestia. Osobniki te konsumują jedynie długie zielone części traw, z tego powodu muszą często zmieniać pastwiska. Podstawą ich pożywienia są tylko pewne części traw. Ich żołądek przystosował się do tego typu pokarmu. Trawa wypełnia żołądek a następnie ulega fermentacji by w formie niewielkich kulek powrócić do ponownego przeżucia. Pokarm przechodzi przez różne komory żołądka, gdzie enzymy poddają go kolejnym procesom trawienia w celu pobrania na substancji odżywczych zawartych w trawach. Pasące się na sawannie Gnu nie niszczą całej przyrody kosząc trawy, tylko wybierają najsmaczniejsze dla siebie źdźbła. Każdy gatunek wybiera tylko określone części roślin. Tak więc nie istnieje konkurencja o pożywienie. Gnu  pasie się razem z zebrami, obgryza bowiem długie i włókniste ale zielone źdźbła już nieco skrócone przez zebry. Gnu należą do zwierząt towarzyskich przebywają często z zebrami, antylopami i innymi roślinożercami. Są aktywne głównie w ciągu dni z przerwą podczas popołudniowego upału. Rogi antylopy spełniają funkcję obronną. W przypadku ataku przez drapieżnika (np. lew ,hiena, lampart czy gepard) używają bez skrupułów swojej ostrej broni. Dlatego też wszystkie mięsożerne zachodzą gnu od tyłu aby uniknąć  niebezpiecznego spotkania z rogami. W naturze to znaczy na wolności a nie w komercyjnych łowiskach, zwierzęta te żyją w ogromnych stadach liczących czasami nawet tysiące osobników, które wędrują wspólnie  szukając nowych pastwisk. W łowiskach komercyjnych można spotkać stada po pięćdziesiąt sztuk i więcej. Co innego w Afryce Środkowej i Wschodniej. Na przykład w Kenii na Masai Mara widywałem stada po kilkaset osobników. Mój zachwyt nad sawanną trwał cały czas no i był potęgowany pierwszym afrykańskim trofeum. Klimat Sawanny jest wyjątkowo suchy. Biom znajduje się w strefach międzyzwrotnikowych o klimacie gorącym i z zaznaczonymi 2 porami roku- porę suchą i porą deszczową. Chociaż mieszkańcy Namibii, ci biali oczywiście, porę deszczową nazywają tu zimą. Idiotycznym było by nazywać ją porą deszczową, bo deszczu tu jak na lekarstwo. W sawannie namibijskiej pora sucha trwa od pięciu do ośmiu miesięcy ,  a pora deszczowa- zima  od dwóch do czterech miesięcy. Ilość opadów może być bardzo zróżnicowana, choć zasadniczo waha się od 10 - 20 mm na miesiąc. W porze suchej częstym zjawiskiem są pożary. Można spotkać pojedyncze spalone akacje, które wyglądają monstrualnie. Po pierwsze to są czarne jak nic na sawannie. Po wypaleniu się cienkich gałązek pozostają te grube, powykręcane w różne strony niczym stare sprężyny, pogięte i garbate. Często takie palące się drzewo pochyla się pokazując światu część swoich korzeni. Przypomina nieco czarny węglowy koralowiec. Do prawdy widok takiego spalonego drzewa jest straszny i stanowi przestrogę przed największym żywiołem - ogniem. Sawanny występują na znacznych obszarach Namibii. Roślinność sawanny jest uboga. Jest to obszar obfitujący głównie  bujnymi, wielogatunkowymi, sucholubnymi trawami. Nie spotkałem tu jednak trawy słoniowej, która dochodzi do 5m wysokości. Na niektórych sawannach występują nieliczne drzewa takie jak: akacje, baobaby, oraz krzewy cierniowe, które zrzucają liście na porę suchą. Rzadkie i równomierne rozmieszczenie drzew jest skutkiem konkurencji o wodę, eliminującej drzewa słabiej ukorzenione. Rośliny przystosowały się do skróconego okresu wegetacyjnego na okres pory deszczowej. Gromadzą wodę i mają wydłużony system korzeniowy, który ma zdolność do pobierania wody ze znacznych głębokości. Roślinność taka nie zajmuje jednak więcej niż 2% powierzchni. Większe płaty roślinności występują w buszu. Rośliny sawanny namibijskiej, to takie, które przystosowały się do życia w warunkach bardzo gorących dzięki możliwości magazynowania wody w różnych tkankach. Krzewy te i drzewa odznaczają się mocno rozwiniętą tkanką magazynującą wodę w śluzowatym soku komórkowym, redukcją liści, małą transpiracją, ciśnieniem osmotycznym (2-3 atmosfer) oraz wolną produkcją materii organicznej. Przystosowane są do bezpośredniego pobierania wody deszczowej. Sawanny i busz będący prywatnym łowiskiem komercyjnym jest wolny od osad ludzkich i stanowi tylko ostoję zwierzyny łownej. Fauna sawanny posiada największą liczbę zwierząt kopytnych np. żyrafy, antylopy, zebry. Są one pokarmem dla drapieżników np. gepard czy lampart. Dość miękka ziemia umożliwia byt małym zwierzętom, które w niej kopia kryjówki przed niebezpieczeństwem i upałem. Wiele gatunków roślinożerców, gnu, oryksy, zebry i  żyrafy, czy gazele impala, może wspólnie żyć na sawannie, ponieważ odżywiają się odmiennymi roślinami, a więc unikają konkurencji pokarmowej. Skóra wielkich roślinożerców, dostarcza pokarmu w postaci kleszczy i innych skórnych pasożytów małym bąkojadom. Ot taka jest po krótce sawanna, tak po krótce, bo można o niej pisać i pisać ......

a opisom końca nie będzie. W obozie czekał już gotowy lunch. Tropiciele rozładowali tuszę i zaczęli ją sprawiać a my zajęliśmy się naszym lunchem. Na początek wypłukałem gardło z kurzu sawanny zimnym namibijskim piwkiem. Dobry smak potęgowało moje pragnienie. Błyskawicznie pół litra piwa zamieszkało w moim brzuchu przypominając o konieczności jedzenia. Była zupa krem, wędliny, grillowane warzywa, stek z antylopy i pieczywo pełnoziarniste własnego wypieku. Po lunchu godzinna sjesta. Odpoczynek ekstremalnie bierny. Pozycja pozioma na miękkim łóżku z nogami uniesionymi w górę na wałku. Oczy same się zamykały. Odczuwałem ciężar powiek a błogi stan wprowadzał mój umysł w cudowną próżnię. Przestawałem myśleć i czuć. Chyba na chwilę „odleciałem”. Na równe nogi postawił mnie głos Assi : „-Andrew, wstawaj, teraz jedziemy na ambonę. Będę ci towarzyszyła.” Tym razem Wolfgang źle się poczuł i został w swoim pokoju. Wyjechaliśmy z obozu o pierwszej po południu. Jechaliśmy przez całe łowisko około godziny. Ja jak zwykle siedziałem na pace a Assi prowadziła Toyotę. Zatrzymała się na pięćset metrów przed amboną i zaparkowała samochód pomiędzy krzakami. Skradaliśmy się do ambony niczym koty. Co parę sekund Assi spoglądała dookoła i za każdym razem pokazywała znanym gestem kładąc palec wskazujący na ustach -„cicho”. Po kilkunastu minutach dotarliśmy do ambony. Moja namibijska opiekunka a zarazem właścicielka łowiska wspaniale wymościła mi siedzisko. Właściwie to należy tu poświęcić kilka zdań na temat wyglądu ambony. Wykonana została (wyspawana) z rur stalowych niezbyt grubych takich jakie używa się do rusztowań. Na górę prowadziły schody ze stalowymi stopniami z ryflowanej blachy a na górze przed wejściem mały balkonik. Jej wnętrze osłonięte było dookoła syntetyczną tkaniną przypominającą nieco tkaninę workową. Dolny rant okna strzelniczego zabezpieczono piankową nakładką na rurę ( pewnie izolacją termiczną do rur sanitarnych). Podłoga wyścielona była „sztuczną trawą”. Stały na niej trzy obrotowe krzesła. Wysokość siedziska, dla poprawienia komfortu strzelca, Assi regulowała poduszkami z gąbki. Cały dół ambony i wejście, schody były zamaskowane  dodatkową konstrukcją maskującą wykonaną z krzewów i mat trzcinowych  i gałęzi. Muszę tu uczciwie stwierdzić, że ambony w łowisku Glenorke były wyjątkowo komfortowe i wygodne. Zasiedliśmy. Ja skrupulatnie przygotowałem sztucer. Wprowadziłem nabój do komory, dwa pozostałe w magazynku. Odstawiłem broń w kąt i dokładnie począłem penetrować okolicę wzrokiem, czasami korzystając z lornetki. Około stu metrów od ambony znajdował się wodopój. Był to niewielki sztuczny staw ze stałym dopływem wody. Zresztą takich wodopojów w łowisku znajdowało się kilkanaście. Przy wodopoju rozrzucono kilka kilkudziesięciu kilogramowych brykietów z soli morskiej. Wodopój otaczała sawanna czyli trawy wysokie na pótora metra a dalej już regularny busz. Siedzimy już ponad godzinę. Słońce przypieka mi ręce i twarz, choć osłonięta jest kapeluszem. Nieznośne i namolne promienie zwyciężają walkę z cieniem i oświetlają mi dolną część twarzy.  Dłonie staram się skrywać w cieniu ambony. Wreszcie tracę cierpliwość, nękany przez promyki i podgrzewany ze wszystkich stron. Myślę, że zacząłem się wiercić, bo Assi wyjęła ze swojej magicznej torby zimną  „mineralkę”, którą zagasiłem pragnienie. Zrozumiałem po chwili jak istotna jest cierpliwość i spokój. Myśliwi zawodowi mają to we krwi. Spoglądam co chwila na wodopój i zaraz na rozległy busz. Z lewej strony bardzo daleko w krzakach coś się poruszyło. Zobaczyłem wyraźne biało-czarne plamy ruszające się. Bez wątpienia był to żywy obiekt, lecz nie rozpoznawalny przez moją osobę. Lekko stuknąłem Assi i pokazałem jej palcem kierunek w którym objawiło mi się zjawisko. Moja opiekunka chwilę przyglądała się gołym okiem, później dokładnie przez lornetkę. Trwało to jeszcze kilka chwil, po czym odwróciła się do mnie i wyszeptała „-Dwa oryksy, krowa i młody byk” Dalej przez godzinę mogłem widzieć poruszające się ciała i „strzygące rogi” Długie jak ogromne igły, rogi oryksa, oświetlone popołudniowym, ostrym słońcem, w ruchu wyglądały jak ostrza wielkich nożyc strzygących busz. Serce biło mi coraz mocniej i mocniej. Czułem jak pieni się krew w moich żyłach, lecz musiałem panować nad oddechem. Oryksy ruszyły. Jeszcze nie wiadomo w którą stronę poszły. Mogły równie dobrze udać się w busz. Zniknęły mi z pola widzenia. Przez jakiś czas nie było ich w zasięgu naszego wzroku. Wreszcie zauważyłem niewielki ruch w krzakach bliżej wodopoju. Wyłoniła się najpierw jedna postać, za chwilę druga. Z pewnością idą ugasić pragnienie. Najpierw piły wodę, później pochrupały sól, później jeszcze raz woda. Ten rytuał powtarzały jeszcze kilkakrotnie. Zachowywały się jak modelki na wybiegu. Pozowały mi do zdjęć, wypinały i prężyły ustawiając się „na blat” Trwało to dobre kilkanaście minut. Słyszę głos Assi „- Adrew ty jesteś szczęściarzem, spójrz idzie kudu byk”. Był jeszcze daleko, ledwo go widziałem, ale na pewno szedł w naszą stronę. Jak dotarł do wodopoju to stanął w bezpiecznej odległości od oryksów. Był spragniony i długo pił. Oryksy miały już dość i nie chcąc konfliktu wycofały się na teren traw i sawanny a potem powoli zginęły w gęstwinie buszu. Kudu był zadowolony z samotności. Uzupełniał braki wody powoli i majestatycznie. Spojrzałem na Assi pytająco. Chodziło  mi o pozwolenie strzału. Powiedziała krotko: „-Jak chcesz Andrew, możesz strzelać, to jest twój pierwszy dzień w łowisku i możesz spotkać lepszego byka tak zastanów się a decyzja należy do ciebie”. Zastanawiam się, czas płynie, a kudu stoi „na blat” na sto może sto dwadzieścia metrów. Podejmuję decyzję, strzelam. Daję znak Assi, składam się, napinam iglicę w Blaserze, celuję na wysoką łopatkę. Pociągam za spust, pada strzał. Kudu zaznaczył przyjęcie strzału. Na pewno trafiłem. Zwierze poderwało się do ucieczki i galopowało w stronę buszu, czyli przeciwległą do nas. Czekamy przysłowiowego „papieroska” czyli czas potrzebny n spalenie papierosa ok pięciu może siedmiu minut. Ja czuję mocne podniecenie. Chcę jak najszybciej zobaczyć postrzałka. Assi mnie studzi, dzwoni po Wolfganga, gdyż jest przekonana, że będą potrzebni tropiciele do szukania. Schodzimy z ambony i zmierzamy w miejsce postrzału. Oddycham spokojnie, jest farba no i to wcześniejsze „zaznaczenie”. Nie powinno być kłopotów, jestem tego pewny. Idziemy z Assi po farbie. Sto metrów od postrzału za ciernistym krzewem leży moja druga zdobycz w tym dniu. Assi mówi: „Andrew, perfekcyjny strzał, gratuluję”. W istocie, strzał był idealny. Później okazało się że i moja decyzja o strzale była dobra, bo już nigdy nie natrafiłem na lepszego byka kudu, zaś krowy, które nie mają rogów i cielęta wielokrotnie krzyżowały moje i swoje drogi. Samice  kudu z młodymi żyją w małych stadach liczących od kilku do kilkunastu sztuk. Samce to samotniki, tak przynajmniej twierdzą biolodzy. Mnie udało się spotkać niewielkie stada rodzinne z kilkuletnimi samcami ale już pokaźnymi rogami na łbie. Roślinożercy. Żywią się głównie trawą porastającą sawanny. Gatunek ten zawsze przebywa w pobliżu wody. Prowadzi raczej osiadły tryb życia, a na wędrówki wyrusza jedynie w czasie suszy. Aktywny głównie nocą; w ciągu dnia odpoczywa przeważnie ukryty w głębokich zaroślach. I tu też moje obserwacje wykluczają tę regułę, gdyż widywałem kudu, głównie krowy i cielęta o różnych porach dnia. Cechą znamienną kudu jest ustalanie granic swego terytorium. Samiec wybiera określony skrawek terenu, a potem go broni. Aby potwierdzić swe prawa do danego obszaru, zaznacza jego granice odchodami, pozostawianymi w trawie i zaroślach. Zwyczaj ten pozwala myśliwemu łatwo podejść antylopę, lecz nie łatwo jest ją spotkać. Kudu skrupulatnie strzeże swego terytorium. Mile widzianym gościem, którego się zaprasza do pozostania na terytorium samca jest oczywiście samica. Prawdę mówiąc, w tym niewiele się różni od nas ludzi ( facetów rzecz jasna). Kudu jest piękne i niewyobrażalnie zgrabne. W moim mniemaniu stanowi symbol Afryki a już na pewno jest ikoną wszystkich antylop. Kudu wydaje z siebie ni to szczęk, ni to kaszel, a spłoszone rzuca się susem w krzaki i pędem ucieka. Siedząc na ambonie lub podchodząc antylopę nie wolno nam głośniej odetchnąć, kichnąć ani kasłać. Mały szmer powoduje, że spotyka nas  niespodzianka to znaczy antylopa znika jak od dotknięcia czarodziejskiej różczki. Dosłownie znikąd pojawia się i tak samo szybko skacze i śladu po nim nie ma.  Kudu jest piękne i szlachetne. Płowo-szara samica z ogromnymi łyżkami nie posiada rogów zaś samiec z białymi pręgami na grzbiecie posiada je kręte jak korkociąg i długie. Są pokaźne, grube i imponujące. Często cały czas stoi w pobliżu gąszczu na skraju buszu, rzadziej na sawannie. Ubarwienie i trwanie w bezruchu doskonale antylopę maskuje. Właśnie w ten sposób spokojnemu kudu udaje się przeżyć w afrykańskiej głuszy. Chroni je instynktowna umiejętność zastygania w bezruchu i zlewania się z otoczeniem. Nic dziwnego, że jest tak płochliwe! Od tego zależy jego życie.

 Po pół godzinie nadjechała ekipa dwóch tropicieli z Wolfgangiem. Załadowali moją zdobycz na skrzynię Toyoty i pomknęli w tumanach kurzu  do obozu. Niebawem ruszyliśmy i my z Assi. Gdy zajechaliśmy na miejsce moje kudu było już „sprawiane”. Uzgodniłem wielkość medalionu i udałem się na zasłużona kolację. Wszystkie kolacje w naszym obozie celebrowała Assi. Czarnoskóre służące nakrywały do stołu uwijając się niczym mrówki. Szło im to bardzo sprawnie, tak jak by robiły to od pokoleń. Ubrane były w swoje narodowe stroje z płóciennych kolorowych tkanin. Najbardziej egzotycznie wyglądała Charlotte’a. Jej budowa nieco korpulentna, masywna, szerokie biodra i bose, odporne na wszystko nogi, twarz zniszczona słońcem, wszystko to powoli szkicowało ten namibijski typ. Jak ubrać go w owe kolorowe kratki kontrastujące ze sobą, zniszczone i nieświeże, rozkloszowana krynolinami spódnice, lekko postrzępione i brudne na dole  i śmieszne nakrycie głowy niczym rogi upięte z kawałka płótna, to widzimy klasyczną Namibijkę w ludowej odsłonie. A, no i korale na szyi, to najważniejsze dla kobiety- ozdoby i biżuty.  Czasami Charllote’a ubierała błękitną suknię w białą „łączkę” i kontrastowy bordowy, własnej roboty kapelusz. Był on w kształcie czapki kucharskiej mocno spłaszczonej od góry i wymodelowanym elementem przypominającym krowie rogi. Zawsze na boso. Myślę, że miała po czterdziestce, lecz jej spracowane ciało wyglądało co najmniej na  dziesięć lat starsze. Pochodziła z plemienia Herero. Maria była znacznie młodsza, analfabetka lecz sprawiała wrażenie inteligentnej. Nigdy nie miałem okazji z nią rozmawiać, lecz zawsze była uśmiechnięta i życzliwa. Ubierała się w stylu europejskim. Jednak należy tu zmodyfikować to pojęcie, ponieważ jej ubrania pomimo wielu podobieństw, wyglądem dalece odbiegały od naszych ubrań. Po pierwsze  były mocno wyeksploatowane, a po drugie do granic możliwości wypalone słońcem. Utraciły swoją barwę tak bardzo, że trudno byłoby określić poszczególne kolory jakie miały one w momencie kupna czyli kolory pierwotne. Maria chodziła w „adidasach” a na głowie zawsze zakręcała sobie taki dziwaczny trochę turban. Zawsze przy każdej okazji  uśmiechała się i ciągłymi ukłonami demonstrowała swoją życzliwość. Często prała i prasowała moje koszule. Robiła to metodą tz. „niewidzialnej ręki”. Brudne koszule znikały z mojego pokoju rano, po moim wyjeździe porannym, a po wieczornym powrocie, czyste i wyprasowane, złożone w kosteczkę leżały na moim łóżku. Maria sprzątała również mój pokój i łazienkę, oraz ścieliła mi łóżko. Rano zawsze brakowało mi czasu na uporządkowanie swojego pokoju. Po przyjeździe na lunch, zawsze w nim lśniło, pościel schludnie ułożona ,pozamiatane, moja garderoba wisiała w szafie, buty były ustawione w szeregu niczym żołnierze a łazienka błyszczała w słońcu, które przedzierało się przez szczeliny moskitiery.

Pierwszy dzień polowania dobiegł końca i wieczór rozpoczęła kolacja. Assi zarządziła nakrywanie stołu. Służące zwinnie przynosiły z kuchni potrawy sporządzone pod okiem Mushki ( teściowej Assi). Po chwili na stole znalazły się zakąski w postaci talerzy wędlin. Wyjątkowej rekomendacji domaga się tutaj polędwica z kudu wędzona i podsuszana. Ma ona ciemno-bordowy kolor, a w smaku jest wyborna. Kolację jedliśmy powoli i bez słów. Jedyne, które były dopuszczone to te, które wyrażały opinie na temat jedzenia. Tak delektowaliśmy się około godziny. Rygor może porządek, czy taka narodowa kindersztuba? Gdy talerze były już puste, służące niczym czarne czarodziejki, bezszelestnie usunęły je ze stołu. Assi swoim uroczym uśmiechem i błyszczącym spojrzeniem zaprosiła do baru. Słowo bar jest trochę na wyrost, gdyż był to tylko mały barek z odrobiną whisky i dwudziestoma flaszkami piwa w lodówce. W kominku strzelały palące się szczapy suchego jak wiór drewna. Jego mocna i gęsta konsystencja sprawiała, że paliło się długo i dawało nadzwyczaj dużo ciepła. Assi z szelmowskim uśmiechem wskazując na palący się kominek, powiedziała, że jest to telewizja buszmenów. Wszyscy parsknęli śmiechem, ja najpóźniej. Jeszcze wtedy nie wiedziałem, nie znałem relacji między społecznością czarną i białą. Wolfgang napełnił moją szklankę szlachetną szkocką. Pierwszy mały łyk potwierdził, iż trunek jest wykwintny i ma wyrafinowany smak. Gadaliśmy o wszystkim i o niczym. Co jakiś czas przyjmowałem gratulacje za dobry pierwszy dzień polowania. Ja sam wbijałem się w dumę, dziękowałem za gratulacje. Druga szklaneczka szkockiej znużyła mój zmęczony umysł, przeprosiłem wszystkich i poszedłem do mojej kwatery. Nie pamiętam momentu, kiedy kładłem głowę na poduszce, bo zasnąłem natychmiast.

Polowanie dzień drugi.

Tak to już zwyczaj. Telefon w którym nastawiłem budzik obudził mnie o szóstej trzydzieści. Szybkie mycie, zęby, obydwie ręce itd. Pośpiesznie się ubierałem rozmyślając co dzisiaj mnie czeka. Takie myśli to w trakcie polowania afrykańskiego są bardzo częstym przypadkiem. Właściwie myśli się tylko o jednym. Ale trzeba panować nad sobą i już po krótkiej chwili gotowy siedziałem w kuchni przed nakrytym do śniadania stołem. Jak zwykle kuchnia smaczna i wytworna z głęboko zaznaczonym stylem kolonialnym. Wędliny z tutejszych antylop, pasztet również, owoce i warzywa z przydomowego ogródka. Smakowitości w pełnej okazałości i to na dodatek egzotyczne jak dla mnie, bo dla moich gospodarzy codzienność. Assi ze swoim szelmowskim uśmieszkiem pyta: „ -Andrew, lubisz przylepki z chleba.” „–No pewnie, odpowiadam jej bez myślenia”. Wręcza mi po chwili jeszcze ciepłą przylepkę z chleba, który upiekła raniutko Mushka. Smaczny, oj jak bardzo. Wypijam jeszcze kubek bardzo „rzadkiej” kawy, takiej typowo amerykańskiej, jakiej najbardziej nie lubię. Cóż, nie przyjechałem tu na wakacje, tylko na safari. Wypiłem gorzką kawę i w drogę. Stanąłem w pełnym rynsztunku na „placu” a może właściwiej będzie powiedzieć w parku maszynowym. Był to plac z kilkoma wiatami gdzie stało sześć Toyot i dwa minibusy VW. Zapakowałem się na skrzynię wraz z Wolfgangiem. Za kierownicą usiadł jeden tropiciel a z nami na skrzynię wskoczył drugi. Pojechaliśmy bardzo daleko. Po zejściu z samochodu przedzieraliśmy się przez wyjątkowo kujące krzewy cierniste. Minęło kilka dni zanim nauczyłem się unikać bolesnych ukuć i rwania odzieży. Po przedarciu ( w pełnym tego słowa znaczeniu) się przez owe krzewy ujrzałem ogromną połać sawanny. Było to może dwadzieścia może trzydzieści tysięcy hektarów i tylko kilka pojedynczych drzew po horyzont. Drzewa były rozrzucone i po ich wielkości, mam na myśli wysokość i szerokość, w perspektywie można było oszacować odległości w tej ogromnej przestrzeni. Trawy wysokie na metr może półtora. W planie dla mnie była antylopa gnu białoogoniaste, która jest w Namibii najdroższą antylopą gdyż naturalnie tu nie występuje. Moi tropiciele wypatrzyli stado gnu, ale było zmiksowane z oryksami. Ja zobaczyłem to „zjawisko” parę chwil później jak mi pokazali w którą stronę mam skierować lornetkę. W istocie, tropiciele mają sokoli wzrok. Najpierw widzą zwierzę, określają gatunek, płeć, następnie wielkość trofeum a po dłuższej chwili zwierze ukazuje się nam myśliwym z Europy. Jest to ten fenomen, którego my myśliwi „niedzielni” nie posiądziemy. Dla pocieszenia kolegów o podobnych do moich umiejętnościach powiem, że oni (tropiciele)nie mają tych atutów, które my posiadamy. Chyba wszyscy wiedzą o czym myślę. Od momentu zauważenia zwierzyny porozumiewaliśmy się tylko na migi no i rzecz jasna poruszaliśmy się w półprzysiadzie. Ziemia podziurawiona   jest przez tamtejsze gryzonie jak ser szwajcarski dziurami o różnej średnicy i głębokości. Poruszając się trzeba bardzo uważać na owe dziury, zachować absolutną ciszę no i unikać kontaktu wzrokowego. Antylopy znajdowały się w odległości ponad pięciuset metrów. Trzysta zrobiliśmy w kucki. Padałem z nóg. W międzyczasie zrobiło się tak bardzo gorąco, że w moim gardle powstała „Sahara”. Mamy je już na dwieście metrów. Wolfgang wychyla się i rozstawia mi pastorał- trójnóg. Pokazuje mi językiem myśliwsko-migowym, żebym strzelał największego byka. Stoi drugi od lewej- powiada do mnie. Obniżyłem kapelusz na oczy, aby mniej mnie raziło słońce, ustawiłem sztucer na trójnogu i celuję. W lunecie nie widzę dokładnie. Sięgam po lornetkę. Inwentaryzuję cel. Chwilę go obserwuję, widzę po jego zachowaniu, że już mu instynkt daje znać o nadchodzącym niebezpieczeństwie. Jest coraz bardziej nerwowy. Porusza się i zmienia miejsce. Teraz stanął i chwilę stoi. Czuję, że chwila ta nie potrwa długo. Podejmuję sztucer i celuję. Mam go w krzyżu. Czekam na dogodny moment na strzał. Widzę w lunecie jego potęgę i wielkość. Piękne trofeum i murowany złoty medal. Czuję swoje podniecenie, czuję bicie mego serca, czuję zapach swego potu. Wiem, że pachnę inaczej niż normalnie, po prostu to czuję i ten chrapliwy oddech. Skoro ja to czuję to na pewno czuje to i on. Rzeczywiście, pokazuje mi swój niepokój. Jego stan udziela się błyskawicznie współtowarzyszom stada. Obok stojące oryksy udają że ich to nie dotyczy i stoją na popasie nie zwracając uwagi na nic. Za moim bykiem ustawiły się dwie krowy i w bliskim sąsiedztwie z prawej i z lewej dwa sporo słabsze byki. Mówię do siebie: Andrew jesteś tylko człowiekiem a przed tobą niewinne życia. Czuję jak sztywnieje mi palec wskazujący, ten , którym zazwyczaj ciągnę za spust. Podejmuję decyzję- nie strzelać. Trzymam cały czas cel w krzyżu i widzę wokół stada unoszący się kurz. Jeden z osobników spłoszony czymś okrutnie zademonstrował galopem swój niepokój. Udzieliło się to reszcie. W kilkumetrowym tumanie kurzu zginęły wszystkie gnu i oryksy a gdy już opadł to pozostała pusta jak ocean sawanna. Dawno minęło południe więc udaliśmy się w drogę do bazy na lunch. Po obiadku i zimnym namibijskim piwku należna godzinna sjesta. Wyszło zmęczenie i to jedno półlitrowe piwko zakręciło mi się w głowie. Zatem ta godzinna drzemka zrelaksowała mnie jak serwis w salonie odnowy. Ruszyłem tym razem z Wolfgangiem na ambonę przy wodopoju. Usiedliśmy razem jak zwykle. Ja umościłem sobie siedzisko, wykonałem test składu na różne strony, przygotowałem kamerę fotograficzną i czekam. Słońce natrętnie mnie nęka swoimi promieniami. Najczęściej smaga moje odkryte dłonie. Są już lekko obolałe i szczypią mnie w momencie kontaktu ze słońcem. Używam filtrów i kremów po oparzeniach, ale mimo to jest to uciążliwe. Kolegom, którzy się wybierają polecam zabrać ze sobą rękawiczki z bardzo cienkiej skóry lub pekary. Wolfgang widzi moją udrękę i podaje mi butelkę wody mineralnej. Sam zaś siedzi jak posąg. W permanentnym bezruchu. Porusza tylko swoimi wielkimi i przekrwionymi ślepiami jak kameleon czy salamander czyhający na swoją ofiarę. Regularnie co godzinę pali jednego papieroska. Za którymś razem dał mu się we znaki, papierosek rzecz jasna. Dostał ataku kaszlu. Zrobił wówczas ze swojego zmęczonego kapelusza tłumik, tak, że kaszel był praktycznie niesłyszalny. Siedzimy i widzimy zbliżające się do wodopoju guźce. Patrzę w oczy Wolfganga, a on przecząco macha ręką równocześnie robiąc twarzą grymaś mówiący o słabym trofeum. Wiem, wiem, że nie będę strzelał to biorę kamerę i trzaskam zdjęcia rodzince guźców. One nie reagują na odgłosy wydobywające się z kamery. Zajęte są gaszeniem pragnienia. Pochłaniają wodę łapczywie niczym pijak na kacu, dużymi haustami. Przy tym chrapią i chrząkają. Gdy ugasiły pierwsze pragnienie to poczęły zwilżać swoje łby, robiąc sobie prysznic, najpierw z wody, później z błota. Ja z zachwytem uwieczniam te rytuały na karcie pamięci mojej cyfrówki. Przerywa mi zabawę mój „podprowadzający” dając mi kuksańca pod żebro i pokazuje na wodopój od góry. Ukazuje się monstrualnie wielki guziec, a właściwie potężny ma oręż i wygląda jak mały słoń z wielkimi ciosami. Wolfgang pokazuje mi ustami bez wydawania dźwięku „gold medal”. Chwytam za sztucer i z podniecenia uderzam o burtę ambony. Zwierzęta nie słyszą tego dźwięku, albo Święty Hubert miał mnie w opiece. Celuję na komorę, ciągnę za spust i nie słyszę wystrzału, poprawiam jeszcze raz naciąg iglicy i znowu nie strzela. Przeładowuję nabój i w tym momencie zacina się zamek. Patron utkwił w zamku. Chwilę się z nim mocuję ale kontem oka widzę, że guźiec się już napił i odchodzi. W ostatniej chwili udało mi się wyjąć zakleszczony nabój, załadować i oddać celny strzał. Padł w ogniu już w drodze od wodopoju. Oczywiście krótka sesja fotograficzna, tak na pamiątkę. Chwilę potem załadowaliśmy go na samochód i wróciliśmy do bazy na zasłużoną kolację. Assi potwierdziła wartość trofeum. Pogratulowała mi i oznajmiła, że polowanie omówimy po kolacji. Przy kominku po kolacji wypiliśmy kilka szklaneczek whisky. Pogadaliśmy o polowaniu, po czym zacząłem odczuwać ciężar mojej głowy, która z każdą chwilą stawała się cięższa i większa. Postanowiłem wsadzić ją pod natrysk. Poszedłem do swojego pokoju, rozebrałem się i pod prysznic. Nawet nie wiedziałem jak znalazłem się w łóżku. Poczułem tylko miękki dotyk poduszki i opadające powieki, które wyłączyły mnie jak sensor radia ,do samego rana.

Polowanie dzień trzeci.

Budzi mnie budzik o szóstej trzydzieści a w mojej głowie gra muzyka i słyszę słowa znanej piosenki „- budzikom śmierć”, słowa jak bardzo trafione w takiej chwili. Nad ranem śniło mi się, że właśnie poluję skutecznie na geparda. Już czułem jego zapach i ciężar jego ciała. Widziałem piękne centkowane trofeum. Potęgowała się w mojej podświadomości radość z jego pozyskania. Piękny sen, a tu nagle ten budzik. Wyszeptałem przez zaciśnięte zęby: - k..... mać, trzeba wstawać. W moim pokoju od rana słonce wchodziło przez małe okienko toalety. Było to małe pomieszczenie wyłożone kafelkami. Przez noc wychłodzone do temperatury może czterech stopni Celsjusza może pięciu. Poranna toaleta nie należała do przyjemnych, ale zawsze można powiedzieć że działała jak kubeł zimnej wody. Człek budził się natychmiast i jest od razu gotowy do startu w kolejny dzień przygody afrykańskiej. Ułożyłem na łóżku garderobę właściwą na ten dzień. Koszula safari, kamizelka, specjalistyczne „pustynne” skarpety i moje słynne buty z cholewami, oraz bryczesy. Moi gospodarze mówili o moich butach, że ostatnio takie w Afryce nosiło wojsko Romla. W istocie buty moje są nieco staromodne, ale ja lubię tradycję i taki styl. Ubrałem się i przygotowałem broń, amunicję i lornetkę. Na poranne wyjścia zabierałem często rękawiczki z cienkiej skórki. Chroniły najpierw przed zimnem, potem przed słońcem. Udałem się na śniadanie, bo kiszki grały mi marsza tak głośno, że ten pomruk słyszały wszystkie antylopy w buszu. Po śniadaniu i kawie pojechaliśmy w tzn. objazd. Siedziałem na pace, obok mnie Wolfgang. Jeździliśmy tak ponad cztery godziny. Małe przerwy wypełnione były podchodami do wodopojów. W profesjonalnych łowiskach podejścia ( ścieżki dla myśliwych) do wodopoju są sprytnie zamaskowane płotkami i stertami z gałęzi tak aby myśliwy nie był zauważony. Tego poranka Święty Hubert nie był dla mnie szczodry. Przy jednym z wodopojów były dwa szakale. Nawet udało mi się ich podejść, ale pudło. Strzelałem dwa razy i dwa pudła. Wróciliśmy do bazy. Byłem zły jak osa. Niewiele sztuk spotkaliśmy, nic nie było nic na strzał no i te dwa pudła. Był to poważny powód do niezadowolenia. Usiadłem niepyszny i wziąłem dwa głębokie łyki piwa. Dla rozluźnienia zapaliłem cygaro. Moją ulubioną Cohibę Nr.2. Popijałem piwo i czułem jak odpuszcza mnie i napięcie i zmęczenie. Delikatny wietrzyk rozwiewał dym z cygara. Zapach rozprzestrzeniał się po całym patio w którym siedziałem. Z kuchni wyjrzała Charlott’a zwabiona nieznanym jej zapachem cygara. Na jej twarzy pojawił się niewinny spontaniczny uśmiech. Biel zębów błysnęła niczym flesz aparatu. Odwzajemniłem się jej uśmiechem i puściłem zawadiacko oko. Schowała się zawstydzona. Z głębi kuchni usłyszałem głos Assi: - Siadajcie do stołu, podajemy lunch. Szybkimi łykami zakończyłem jeszcze zimną butelką piwa. Usiadłem do stołu. Jak już wcześniej wspominałem repertuar posiłków czyli menu było urozmaicone. Potrawy wykonane były z mięsa upolowanych antylop. Przyrządzane na wiele sposobów przy użyciu tamtejszych warzyw i owoców oraz przypraw. Wszystko to można nazwać „kuchnią kolonialną”. Nie wiem czy taki termin jest w słownikach kulinarnych, jeśli nie to jestem jego twórcą, bo to co można znaleźć na namibijskich stołach ma swoją odrębność i w żadnym razie nie przypomina tego co można zjeść w europejskich restauracjach. Zjedliśmy ze smakiem i wszyscy udali się na godzinną przerwę relaksacyjną do swoich kwater.

Tego popołudnia pojechaliśmy w objazd z Wolfgangiem tylko dwaj. Ja jak zwykle na pace, on za kółkiem. Słońce paliło mi dłonie. Mój nos na swoim grzbiecie po środku posiadał piękny strup, wielkości pięciozłotówki. Był to efekt działania promieni słonecznych. Część nosa osłaniało rondo kapelusza, ale jego fragment spalił się na skwarkę. Ratowałem się nakładając nań grubą warstwę kremu po oparzeniach słonecznych na noc i filtru na dzień. W istocie pomagało, bo po powrocie do Polski śladu po strupie nie było. Jednak uwieczniony został na fotografiach, gdzie pozowałem przy moich trofeach. Jechaliśmy tego popołudnia niezwykle długo. Natrętne słońce nękało mnie, powodując zdenerwowanie. Napięcie rosło równolegle do temperatury, która to równolegle z nim wieczorem spadała. Co kilka chwil Wolfgang zatrzymywał samochód i pokazywał mi palcem kierunek , w którym powinienem wytężyć wzrok. Po jakimś czasie ukazywał mi się kontur zwierza. Na pace było niebosko niewygodnie i  ławka na której siedziałem obijała mi tyłek do bólu. Właściwie to tego dnia miałem już dosyć i myślałem, kiedy wreszcie wrócimy do bazy. Na skrzyżowaniu dróg z bitego gruntu Wolfgang zatrzymał Toyotę i wyłączył motor. Puknął w dach wozu palcem, ale było to zbyteczne. Zobaczyłem tym razem równolegle z nim zmierzającą w naszym kierunku antylopę. Szła skrajem buszu. Znajdowała się w odległości 350 metrów i jeszcze nie wiedziałem co to za gatunek i płeć, ale cały czas zmierzała ku mnie jak wysłana przez Św. Huberta. Gdy zbliżyła się na dwieście metrów zobaczyłem, że jest to hartebeest czerwony, byk, bardzo ładny pod względem trofealnym. Moje spostrzeżenia potwierdził mój podprowadzający i kiwnął głową, co oznaczało: strzelaj. Poprawiłem swoją pozycję strzelecką, prawą rękę w szerokim rozstawie oparłem o dach samochodu. Zrobiłem próbny skład, miałem go w krzyżu, ale był jeszcze daleko. Myślę, że na dwieście metrów i na sztych. Szedł w dalszym ciągu w naszą stronę. Zrobił jeszcze trzydzieści metrów i stanął łbem w stronę buszu, wobec mnie na blat. Podjąłem decyzję o strzale, ale niestety za późno, bo byk odwrócił się do mnie na sztych i znowu zrobił dwadzieścia metrów w przód. Pochylił łeb i zaczął zajadać swoje trawiaste przysmaki. Potem jeszcze się przybliżył ze dwadzieścia metrów i ustawił mi się na tz. blat. Tym razem wycelowałem i strzeliłem. Byk zrobił susa w busz. Ja widziałem w lunecie jak w trakcie skoku jego kopyta skierowane były ku górze, sugerując, że pada na plecy. Instynktownie pewny byłem strzału. Coś mówiło mi, że leży w ogniu. Wolfgang był innego zdania. Powiedział, że trzeba wezwać czarnych tropicieli bo byk poszedł w busz, ale najpierw obejrzymy miejsce postrzału. Tymi tropicielami to mnie straszył po każdym strzale, tak często, że się przyzwyczaiłem do tego gadania.

Obydwaj wzięliśmy karabiny i udaliśmy przed siebie, aby sprawdzić ślady postrzału. Szliśmy kilka minut. Oczywiście Wolfgang szedł pierwszy, bo rzadko kto za nim mógł by nadążyć. Był bardzo długi i miał długie nogi i nieziemską w nich siłę. Jak szedł to ziemia dudniła. W Afryce ziemia jest wyjątkowo bardzo ubita, ale pod tą warstwą muszą być pokłady gruntu o mniejszej gęstości, bo jak się idzie krokiem marszowym to dudni ona jak  afrykański tam-tam. Wolfgang miał taki właśnie wydłużony marszowy krok i jak szedł to pod nim ziemia dudniła nadając mu niezwykłej wielkości. Zresztą wszystko robił w rytmie marszu. Taki po prostu Niemiec z krwi i kości, na dodatek z ogromnym poczuciem swojej narodowości i tożsamości. Jednak czasami mawiał, że jest również afrykanerem. Doszliśmy wreszcie do miejsca w którym hartebeest reed był strzelany. Ku wielkiemu zdziwieniu Wolfganga, zwierze leżało dwa metry od miejsca postrzału przy pierwszym krzaku zaznaczającym granicę buszu. Obejrzał tuszę i powiedział: Dobry strzał. Na ogół niewiele mówił, właściwie to jak nie musiał to nie mówił nic i to była jego wspaniała cecha, bo nie był przynajmniej męczący. Upozowaliśmy zwierze do fotografi. Mój podprowadzający cyknął mi kilka zdjęć. Zachwycał się rogami. Pod nosem chrząkał: piękne trofeum, złoty medal. Masz Andrew szczęście. Ja nie ukrywałem zadowolenia i z przyjemnością przyjmowałem od niego gratulacje. Wciągnęliśmy tuszę na pakę i pojechaliśmy do obozu. Tam tylko ustaliłem, że chcę mieć z niego medalion i proszę o zdjęcie i zakonserwowanie tej części skóry. Czarni pracownicy Assi zajęli się resztą, a my udaliśmy się na kolację. Przy tej okazji powiem, że zawsze należy kontrolować przygotowanie trofeum. Koniecznym jest, żeby dokładnie wytłumaczyć jaką część skóry zabieramy i czaszki. Doradzam również, żeby w miarę możliwości doglądać wstępną preparację. Obsługa łowiska, przeważnie czarna, pomimo że robi preparację tysiące razy to specjalnie się do tego nie przykłada. Należy kontrolować, czy skóra została dobrze zdjęta, nasolona i wysuszona. Niedokładna preparacja wstępna może doprowadzić do zniszczenia skóry. Radzę również swoje trofeum dokładnie obfotografować. Tak dla pewności. Muszę powiedzieć, że zdaża się sporo pomyłek przy wysyłce i są później rozczarowania. Pilnować swego!

Polowanie dzień czwarty.

O szóstej trzydzieści rutynowa pobudka i za piętnaście siódma śniadanie a o siódmej wyjazd. Dzień był wyjątkowo wietrzny. Wraz z kurzem unosiły się w powietrzu zeschnięte krzaki uformowane w kule. Słońce z uporem przebijało się przez niewielkie chmury. Wiatr poruszał samochodem tak, że ten kiwał się jak statek na morzu. Ja zaś miałem pełno drobnego piasku pomiędzy zębami i w oczach. Wypowiadałem co chwila niecenzuralne słowo po polsku, to na „k”. Przeliczyłem się, bo w tym łowisku Polacy są znani od kilkunastu lat i czarni tropiciele i Wolfgang uśmiechali się pod nosem, słysząc co mówię. Czasami nawet powtarzali nieudolnie. Miałem powody i się nie wstydzę. Wiało jak cholera i nic nie wychodziło nam na przeciw. Zwierzyna zadekowała się w buszu. Jeździliśmy dalej. Tu też jest takie przysłowie jak w Polsce, że pogoda do „polowaczki” jest tylko dobra lub bardzo dobra. Wiatraki kręciły się robiąc przy tym masę hałasu. W Namibii w łowiskach komercyjnych są wybudowane wodopoje, które to zobowiązują żyjącą tu zwierzynę do bytowania w „rozsądnej” odległości od wodopoju. Czyli robią tu za taki niewidzialny powróz. Wodopoje zaś zasilane są wodą czerpalną ze studni głębinowych. Studnie a właściwie egzystujące w nich pompy zasilane są siłą wiatru i pompują wodę do ogromnych zbiorników, rezerwuarów, usytuowanych z reguły na wzniesieniach. Usytuowane poniżej wodopoje są zasilane w wodę podziemną siecią rur na zasadzie naczyń połączonych. W łowisku na każde 5-8 tysięcy hektarów jest jeden taki wiatrak i dwa lub trzy wodopoje. Wszystkie wiatraki mają konstrukcję bardzo prymitywną i wykonane są ze stali metodami kowalskimi, tak więc wszystkie części metalowe poddane energii kinetycznej poruszając się wydają całą gamę przeraźliwych dźwięków. Każdy wiatrak wykonywał inny kowal i każdy jest inną orkiestrą w czasie ostrych wiatrów. Gdy te odgłosy na siebie się nakładają, a czasami to się zdarzało, że równocześnie słychać było dwa wiatraki, to napawa człowieka przerażenie. Dreszcze chodzą po plecach od tej diabelskiej muzyki. Umęczeni pogodą mając pod bielizną w nosie i w ustach piasek i kurz, w samo południe zjechaliśmy do obozu na lunch. Zaraz po krótkim wypoczynku wyjechaliśmy w podchód. Pojechaliśmy najpierw na sawannę, ale tam było pusto. W oddali pasło się kilka pręgowanych gnu i dwie zebry stepowe. Były bardzo daleko. Zapłonęła we mnie iskierka nadziei na pozyskanie zebry bo dzisiaj zobaczyłem ją po raz pierwszy. Czyli zebry są w tym łowisku, to dobrze- pomyślałem. Wolfgang zadecydował odwrót. Wsiedliśmy na samochód i ruszyliśmy w nieznanym mi kierunku. Dojechaliśmy do wodopoju, przy którym często widywano geparda. Przynajmniej tak twierdzili tropiciele. Jednak tym razem dla ich bezpieczeństwa zostali przy samochodzie a ja i Wolfgang ruszyliśmy w podchód. W tradycyjnej już kolejności. On pierwszy ja za nim. W miarę dosięgania celu dystans pomiędzy mną a nim rósł. Szliśmy bardzo po cichu, uważając na ciernie i dołki. Wolfgang już był przy ogrodzeniu maskującym drogę do wodopoju od samochodu a ja około trzydziestu metrów za nim. Jak zwykle swoim powłóczystym spojrzeniem ogarnął teren, przykucnął i dał mi znak abym podchodził w kucki i po cichu. Serce zabiło mi jak Dzwon Zygmunta w Krakowie. Słyszałem jak wali niczym salwy artylerii. Myślę sobie, mój wymarzony gepard to przecież tu po niego przyjechałem. Będzie mój tym razem, dopadną go. Spokój tylko spokój- powtarzałem sobie w myślach. Mina Wolfganga była tajemnicza. Pojawiły się u mnie na czole i skroniach wielkie krople potu. Z podniecenia zapewne. Serce najwyraźniej odczuwało nową dostawę adrenaliny. Myślałem że wyskoczy ze mnie dusza. Dotarłem wreszcie do podprowadzającego. Nawet nie czułem skurczu, który złapał mnie w nogę. Chciałem jak najszybciej zobaczyć mojego geparda. Spojrzałem na pole przez maleńką szparkę w ogrodzeniu, czy maskownicy. Nie wiem jakie określenie jest tu najwłaściwsze. Było to z dziesięć słupków wbitych w ziemię o wysokości 170 cm. Do słupków przytwierdzona była mata z patyków. Taka blenda o wysokości  dwóch metrów i długości może dziesięciu metrów. Od strony wodopoju było to jeszcze zamaskowane stertą gałęzi. Przez szparkę zobaczyłem na pewno nie geparda lecz całe stado liczące z pewnością więcej jak trzydzieści sztuk czarnego gnu inaczej zwanego białoogoniastym. Wszystkie sztuki leżały przy wodopoju. Miały sjestę. Ich czujność była kompletnie uśpiona. Leżały jak foki na plaży kompletnie bezbronne. W mojej głowie rozpoczął się proces myślowy i debata na temat czy etycznie czy nie. „Karuzela w mojej głowie” tak jak w piosence. Przerwał to wszystko Wolfgang mówiąc mi: „- Zaraz wszystkie wstaną, wybierz największego byka i strzelaj jak tylko wstanie, bo potem pogalopują” Przez szparę – odpowiadam mu „– Tu wszystkie są wielkie”. Wybałuszył przez drugą szparę swoje przekrwione ślepia i rzekł do mnie: „-Czwarty od lewej jest najlepszy ze wszystkich, byk i piękne trofeum” Niemiec miał rację. Po chwili stado wstało. Najwidoczniej złapały nasz wiatr. Stały się nieco niespokojne. Ja przyjąłem pozycję strzelecką stojącą, oparłem sztucer na trójnogu i trzymam moją sztukę w „krzyżu”. Na środku łopatki jest czerwony punkt celownika. Zwyczajowo poprawiłem skład i buuum. Byk „zaznaczył”. Klasyka, zrobił świecę do góry, ale pogalopował, zresztą jak cała reszta. Błyskawicznie przerepetowałem nie odrywając oka od okularu. Wycelowałem w to samo miejsce tylko na inną stronę, bo byk był już w ruchu. Na chwilę przystanął i drugie buuum. Słyszę krzyk Niemca do mojego ucha: „- Już nie strzelaj, nie strzelaj”. Po woli opadają kłęby kurzu. Stado w galopie zniknęło w buszu. Nastaje cisza a echo odgłosy kopyt zagnało już pewnie daleko na sawannę. Powietrze staje się przejrzyste. Spoglądam na miejsce postrzału i ku mojemu zdziwieniu leżą obok siebie w odległości pięciu metrów dwie sztuki. Po prostu dublet „mimo woli”. Wolfgang gratulował mi ze dwadzieścia razy, bo to najdroższe sztuki w łowisku, po tysiaku. Nikt mi nie obiecywał że nie będzie pomyłek. Z honorem przyjąłem gratulacje. Złość zamieszkała w mojej duszy. Głupio zrobiłem i nie mogłem sobie tego podarować. Jednak musiałem, bo zasady są tu sztywne jak w interesach. Za pomocą wyciągarki załadowaliśmy tusze na samochód i do bazy. Pracownicy Assi zajmujący się mięsem mieli bardzo dużo roboty. Ja usiadłem sobie z piwkiem a na przeciwko moja gospodyni. Było jeszcze wcześnie. Widziałem, że Assi chce rozpocząć dialog, lecz nie ma koncepcji tematu. Jako gentelman wybawiłem ją z opresji i rzekłem: Wiesz, Assi w Polsce to z języków bydlęcych przyrządza się smaczną potrawę. Powiedziałem to, bo miałem pewien plan. Wcześniej widziałem często na naszym stole polski chrzan w słoiku. Jakaś polska firma eksportowała go nawet tutaj do Namibii. Niemcy z którymi miałem przyjemność jadać posiłki bardzo sobie chwalili chrzan jako dodatek do mięs. Przekazałem Assi przepis na ozorki w sosie chrzanowym. My tu dotychczas języki antylop utylizowaliśmy, ale tym razem skorzystamy z twojego przepisu- rzekła właścicielka łowiska. Pobrali z moich gnu ozory i po wstępnym przygotowaniu rozpoczęli gotowanie w bulionie. W międzyczasie Musha zrobiła sos chrzanowy wg. moich wskazówek, i ugotowała ziemniaczki, które później starannie ugniotła. Na kolację danie było gotowe i wjechało na nasz stół ze szczególnym pietyzmem i celebracją. Było to bowiem  danie rodem z Polski, ale z namibijskim akcentem. Przecież ozory należały do gnu białoogonoastego. Zaraz miałem skojarzenie bramy wjazdowej na farmę i dwóch masztów z flagami polską i namibijską. Do ozorków zimne lokalne piwko. Palce lizać. O dziwo moim gospodarzom też bardzo smakowało. Mushka po kolacji rzekła :  „-Już nie będziemy wyrzucać ozorów, są zbyt dobre!” Po biesiadzie rytualne rozmowy przy kominku do pierwszego ziewania. Pierwsze dwa razy stłumiłem ziewanie, które było odzwierciedleniem znużenia, a gdy zobaczyłem otwarte buzie moich wspótowarzyszy i i ja nie hamowałem się. Po niedługim czasie wszyscy byliśmy już w łóżkach. W Namibii dzień zaczyna się wcześnie ale wcześnie się kończy.

Polowanie dzień piąty.

W zasadzie dzień najmniej udany z całego pobytu i powinienem zachować go tylko w moich wspomnieniach, ale wydarzyło się kilka drobnych i ciekawych historii, o których napiszę. Rano po śniadaniu usiedliśmy na ambonie, gdzie według naszych tropicieli miały przyjść oryksy. Oczywiście nie pojawiły się. Wcześniej widywałem je wielokrotnie, czekając jednak na mojego złotomedalowego byka. U oryksów zarówno byk jak i krowa mają rogi. Krowa posiada nawet nieco dłuższe lecz cieńsze. Byki mają krótsze i masywne. Ja marzyłem o kapitalnym byku i takiego wypatrywałem do znudzenia. I nic. Może po godzinie zasiadki w kompletnym bezruchu ( tu muszę powiedzieć, że w Afryce na ambonach należy siedzieć bardzo cicho, bezszelestnie, bo zwierzyna natychmiast słyszy każdy szmer) Podprowadzający trącił mnie w ramie pokazując prawą stronę. Z krzaków wyłonił się szakal. Było to dziwne zjawisko bo szakale prowadzą nocny tryb życia i za dnia nie pokazują się zazwyczaj. Szedł sobie po przekątnej i zachowywał się bardzo podobnie do naszego europejskiego liska. Robił nieufne kroki i rozglądał się wprawo lewo i do tyłu. Zanim przemierzył trzydzieści metrów miałem go w krzyżu. Nie było czasu na rozmyślania. Strzeliłem i zdołowałem. Kula wyrzuciła w powietrze durzą garść ziemi. Szakal jak oparzony wyskoczył w powietrze na dwa metry i jak wylądował to pognał przed siebie niczym strzała wypchnięta przez cięciwę. Miną jakiś czas. Może dwie godziny, może nie. Mieliśmy dobry wiatr w twarz. Wypatrywałem oczy w lewo i prawo. Zawsze Wolfgang był pierwszy. Tym razem również, trącając mnie w ramie pokazał mi rodzinkę guźców zmierzającą do wodopoju. Nie miałem zamiaru strzelać, bo już guźca miałem na rozkładzie i drugiego już nie chciałem. Jest to zwierzę, którego Stwórca pozbawił urody. Na mnie robił wrażenie wręcz obrzydliwego. Ale zawsze lubiłem patrzeć na ich zachowanie przy wodopoju, błotne kąpiele, hierarchię ważności i kolejności spożywania napoju itd. Śmiesznie podskakiwały na swych krótkich nóżkach i chrumkały zabawnie. W swoim zachowaniu guźce sprawiały wrażenie sympatycznych lecz nieco głupich stworzeń. Wychodziły do wodopoju „na otwarte” nawet wtedy kiedy inne gatunki były zadekowane głęboko w buszu z powodu niebezpieczeństwa. Można wysnuć teorię, że guźce są mało przewidywalne i ograniczone w poczuciu zagrożenia, bo teoria iż są wyjątkowo odważne jest śmieszna. Ta taplająca się w stawie rodzinka guźców nawet nie zauważyła jak w ich kierunku zmierzał jeden naprawdę okazały osobnik. Wyszedł z buszu i poruszał się kłusem do wodopoju. Był zwartej budowy, duży i prawie pozbawiony owłosienia. Widziałem jego lewy bok. Miał skubaniec niewyobrażalnie dorodny oręż. Podniosłem lornetkę i spojrzałem w okular. O Boże- wyszeptałem. Wyglądał niczym mały a właściwie miniaturowy mamut z ogromnymi ciosami. Serce mi zabiło. Podniecenie powodowało drżenie rąk i szybki oddech. Wolfgang uśmiechał się pod wąsem i pokazał znak abym nie chwytał za sztucer. Następny znak to było: „- Obserwuj go uważnie, jest złym trofeum”. Rzeczywiście. Samiec miał oręż tylko z jednej strony gwizdu. Drugą stronę stracił w walce, zapewne wiele lat temu. Dzisiaj nie znalazłby śmiałka, który ruszyłby z nim w konkury. Zresztą u guźców oręż mają również i lochy i warchoły, lecz znacznie mniejsze jak odyńce. Nasz olbrzym zajął centralne miejsce w babrzysku i siedział tam ponad pół godziny, do woli, aż wychłodził dostatecznie skórę. Jeszcze parę łyków zimnej wody i poszedł wolnym krokiem w busz. Za niewielką chwilę cała reszta udała się jego tropem. Przy wodopoju zrobiło się pusto. Wiał niewielki wietrzyk, tworząc kurz i poruszanie się końcówek traw. To właśnie zjawisko, czyli poruszanie się roślin na wietrze, było dla mnie uciążliwe. Każde takie poruszenie budziło moja wyobraźnię i natychmiast „bystrzałem”. Tak kilkanaście razy i człowiek był gotowy. Gdy wtedy wyszło coś na strzał, to traciłem koncentrację i prawdziwe skupienie. Fakt ten zapisałem w notesie, aby w domu wyćwiczyć umiejętność nie poddawania się dekoncentracji. Do południa nie wydarzyło się nic więcej. Od siedzenia i bezczynności rozbolał mnie tyłek. Wróciliśmy na farmę. Pora lunchu i odpoczynku. Może św. Hubert da po południu. Zobaczymy- pomyślałem. Niestety popołudnie nie przyniosło mi niczego, czym mógłbym się pochwalić. Jednak przydarzyła mi się jedna przygoda. Dzień był wietrzny i w łowisku w którym zwyczajowo jest cisza jak makiem zasiał, słychać było rzężenie wiatraków i pomp wodnych. Dźwięki te nieziemskie zagłuszały wszystko to co daje nam przyroda i koi nasze miejskie uszy. Pojechaliśmy z Wolfgangiem w tz. objazd. Kręciliśmy sie ponad dwie godziny wokół wodopojów i przesmyków, którędy zwierzyna robi sobie „przejścia”.  Przy jednym z wodopojów, wspólnym dla zwierzyny dzikiej i bydła domowego, które tu było zapędzane na wypas, zobaczyłem tajemny ruch ręki Wolfganga. Niemiec w ten sposób, językiem migowym pokazał mi, ze jest coś interesującego opodal. Wytężałem wzrok i po chwili ujrzałem kudu byka, dosyć młodego z ładnymi , dorodnymi rogami. W jego towarzystwie znajdowały sie jeszcze dwie krowy i dwa cielaki. Stado zajęte było sobą i nie zwracało uwagi na zewnętrzne bodźce. Udało nam się podejść ich na czterdzieści, może trzydzieści metrów. W każdym razie bardzo blisko. Niemiec zachęcał mnie do strzału, bo to dla nich kasa. Uznałem, że mam na rozkładzie już kudu, a ten osobnik niczym nie jest lepszy od mojego, można nawet powiedzieć, że jest nieco gorszy. Zresztą, jesteśmy blisko i każdy najmniejszy ruch mógłby go spłoszyć. Ja nie lubię strzelać z pastorału. Mam stres, że strzał może być nie- celny lub zwierzyna zostanie zraniona. Wolę strzelać z stabilnego oparcia i pewnego składu. Właściwie to juz za późno na wszelkie dywagacje, bo byk nas widzi. Przygląda się nam z niedowierzaniem, jakim to cudem jesteśmy tak blisko niego. Ja i mój kompan stoimy w kompletnym bezruchu. Słyszę bicie serca mojego i Wolfganga. Nawet czuję w tej koncentracji ruch powietrza powodowany naszym mruganiem. A byk nam się przygląda. Zadaję sobie pytanie: - Co on myśli sobie w tej chwili?. Kim my jesteśmy?. Czy czuje zagrożenie?. Minęło parę sekund i całe towarzystwo prysnęło do buszu. Uczynili to w pięknym stylu niczym konie na zawodach hipicznych, skacząc przez przeszkody. Dla moich kudu tymi przeszkodami były wysokie krzewy i sterty suchych gałęzi zwiezione i ułożone pewnie w jakimś celu. Zwierzęta te są naprawdę genialnymi skoczkami. Skoki ich są wykonywane z wielką gracją i lekkością. Są długie i wysokie. Kudu sprawiają wrażenie, że lecą niczym pegazy. Tak, te skoki kudu z pewnościa można nazwać lotami. Charakterystyczne jest jeszcze to, że nie potrzebują rozbiegu. Robią to niemal z miejsca. Ale się napatrzyłem tym razem. Nie postrzelałem, ale to co zobaczyłem również było satysfakcjonujące. Całą drogę powrotną do farmy gadaliśmy z Wolfgangiem o zwyczajach kudu. Opowiedział mi kilka ciekawych historii, które zaobserwował w czasie swojej dwudziestoletniej ,afrykańskiej przygody.

Polowanie dzień szósty.

To był dzień, który zapamiętam na długo. W trakcie wczorajszej kolacji Assi oświadczyła, ze w łowisku jest gepard. Tropiciele jej donieśli o mnogości tropów geparda w łowisku. Był to dorosły samiec, wyjątkowo duży i żarłoczny. Również przekazali wieści o dziwnym zachowaniu się zwierzyny w łowisku. Zazwyczaj w takich sytuacjach naturalnego zagrożenia zwierzyna siedzi w buszu i nie wychodzi na otwartą przestrzeń, co miało właśnie miejsce. Kot dopiero  po udanym polowaniu, gdy zaspokoi swój głód odchodzi w miejsce odpoczynku, gdzie nie stanowi zagrożenia dla stad w buszu i sawannie. Wówczas wraca wszystko do normy. Assi zarządziła polowanie na geparda. Polowanie miało się odbyć rano z tzn. podjazdu a wieczorem z zasiadki na ambonie. W mojej głowie zaczęło się kotłować. Przecież gepard to moje marzenie, to cel przyjazdu do Afryki. Myśli kręciły się wokół geparda. Jak ja do cholery usnę tej nocy? Czy moje najskrytsze marzenia się spełnią. Czy będę tym szczęśliwcem. No bo geparda pozyskuje tylko ten kto ma podwójne szczęście. Pierwsze szczęście to spotkać kota „na otwartym” drugie to trafić. Podniecenie z każdą chwilą rosło. Sny ostatniej nocy były kolorowe i bardzo naturalne, ale czy się spełnią. Po śniadaniu wyjechaliśmy w „obiazd”. Tropy były w wielu miejscach. Czarni asystenci szukali ewentualnych łupów kota, może śladów polowania czy wręcz pozostałości po jego uczcie. Pewne było, że był sam i był to „wielki facet”. Nie jestem w stanie opisać co czułem tego dnia. Jak radar wyłapywałem każde słowa tropicieli, choć mało z nich rozumiałem, bo mówili po afrykanersku. Ale połykałem je , jak również ich gesty. Przez grzeczność lub respekt czasami tłumaczyli mi łamanym angielskim. Wolfgang - mruk  niemiecki mówił mało, choć on bywał dla mnie najbardziej zrozumiały. Też i jemu zależało, żebym strzelił tego geparda, bo to kasa przecież. Ja byłem mocno zainteresowany wszelakimi informacjami i otwarty na wiedzę o sytuacji. Pełne wariactwo. A w nim wysoka adrenalina i żaden efekt do południa. Znaczy się , tropiciele i Niemiec zrobili taką wirtualną mapkę przemieszczania się kota. Miałem nadzieję, że będą wiedzieli gdzie mamy usiąść po południu na zasiadkę. Po lunchu, który z wiadomych przyczyn zjadłem w pośpiechu, również pośpieszając Niemca, pojechaliśmy w miejsce dużego prawdopodobieństwa pokazania się geparda. Bardzo po cichu doszliśmy pięćset metrów i wspieliśmy się na wysoką ambonę. Przygotowałem sprzęt, lornetkę i sztucer znaczy się. Widok z mojego miejsca doskonały. Wykonałem jeszcze próbny skład. Wszystko gra. Ok. W zasięgu wzroku mam odsłoniętą powierzchnię około pięciu hektarów. W odległości stu dwudziestu metrów od ambony jest wodopój. Taki sztuczny zbiornik imitujący staw, ciągle zasilany nowa wodą. Ale po zwierzynie śladu nie ma, pustynia po prostu. Nawet myszki. Gdzie nie gdzie jakiś ptaszek mignie. Źle to widzę- pomyślałem. Po chwili w stawie znalazła się kaczka z potomstwem- czterema małymi. Może po dwóch godzinach do wodopoju wyszedł guziec. Wychodził bardzo nieufnie. Ciągle podnosząc łeb zaciągał. Niemiec pokazał mi na migi, że w buszu musi znajdować się kot. Było to całkiem prawdopodobne. Twierdzę tak, bo zachowanie guźca nie należało do zwykłych. Poruszał się nerwowo i energicznie. Mówiąc językiem młodzieżowym: był elektryczny. Do wodopoju podbiegł, wypił potrzebną ilość wody i biegiem zniknął w buszu. To chyba dobry znak. Pewnie wyjdą kolejne guźce, może również młodzież. To niezła gratka dla dużego kota. Gepardy uwielbiają guźce, szczególnie warchlaki. Są łatwą zdobyczą i niezwykle smaczne i lekkostrawne a zarazem kaloryczne. Same plusy. Czekaliśmy jeszcze dwie, cholerne godziny i nic. Nie pokazał się gepard ani nic innego. Ten dzień nie przyniósł mi żadnego trofeum a maksymalną ilość adrenaliny, stresu i nerwów. Ale i tak się opłacało, bo to kolejne doświadczenie i bardzo poważna lekcja pokory. Jednocześnie dowód nie tylko dla mnie, że tu w Afryce w łowiskach komercyjnych, polowanie nie polega na zabijaniu zwierzyny w zagrodach, tak jak uważa wielu kolegów w Polsce. Jest to najzwyklejsze polowanie oparte na umiejętnościach strzeleckich myśliwego i jego szczęściu, doświadczeniu podprowadzającego, no i zależne również od Sw. Huberta od którego tak naprawdę zależy wszystko. Wieczorem po kolacji omawialiśmy dzień i podsumowanie było takie: Wiele osób się narobiło, Andrew miał stres i nic nie pozyskaliśmy. Jutro próbujemy dalej. Ustaliliśmy, że rano przed świtem do buszu udadzą się tropiciele i po ich powrocie  przy śniadaniu ustalimy gry plan. Chwilę później rozeszliśmy się do łóżek. Nazajutrz czekał nas kolejny długi dzień intensywnego polowania. Polowania komercyjne w Afryce trwają zazwyczaj czternaście dni. Tak jak turnus wakacyjny. Jest to dostosowane do współczesnego modelu życia. Myśliwi w swojej zawodowej pracy mają ograniczenia w ilości dni wolnych i z reguły mają urlop od czternastu do trzydziestu dni. Organizowane dla nich safari trwa zgodnie z wymogami równie krótko. W wieku dziewiętnastym, do Afryki przybywali na safari tylko nieliczni z Europy czy Ameryki. Podróż drogą morską trwała trzy tygodnie do miesiąca i tu na miejscu w taborze konnym kilka miesięcy. Tak więc safari stawało się całą wyprawą, na która było stać nielicznych i również mało kto mógł opuścić na tak długo swoją rodzinę. Dzisiaj trzeba dostosować się do współczesnego myśliwego. Główna metoda jaką stosują tu właściciele łowisk to intensyfikacja polowania. Przeznacza się na nie około dziesięciu godzin dziennie. Od świtu do zmierzchu z przerwą na lunch. Taki tryb życia jest obiektywnie męczący, ale nikt tu nie protestuje, bo to co robi, robi z miłością i pasją. W moim przypadku są takie dwa aspekty z których czerpię zadowolenie. Pierwszy to materialny. Oznacza to, że już od kompletowania ubioru na safari do pokotu każdy moment przynosi satysfakcję. Drugi aspekt to sfera niematerialna, czyli ta duchowa. To marzenia, to planowanie, analizowanie sytuacji, które już miały miejsce i tych, które mogą się wydarzyć. Na dwa opisane wyżej aspekty miałem wystarczająco dużo czasu, a zatem i przyjemności wiele. Kładąc się do łóżka coraz częściej myślę o powrocie do Afryki w przyszłym roku.

Polowanie dzień siódmy.

Od rana wszyscy w bazie mówią o gepardzie. Mnie udziela się to chyba najbardziej. Błagam Świętego Huberta, żeby mi go podarował, niech nie daje mi więcej lekcji pokory, bo mam jej dosyć. Geparda, geparda mi daj Patronie. Poczułem ciepło i poczułem oddech Świętego. Tym razem dał mi nadzieję, za którą też podziękowałem. Pojechaliśmy. W drodze ustaliliśmy, że rozmawiamy tylko językiem migowym i poruszamy się bezszelestnie. Tropicielom przychodziło to z łatwością, bo każdy z nich nie ważył więcej jak pięćdziesiąt kilo. Gorzej z nami. Chociaż Niemiec miał opanowane „kocie ruchy”. Był komiczny, nieco niesamowity, bardziej podobny do rośliny miotanej na wietrze, może wielkiej meduzy,  niż człowieka. Ja o wiele niższy na jego tle. Widok musiał bawić Murzynów do skrętu kiszek. Na szczęście czuli respekt i zachowywali powagę. Wskazali miejsce i cichaczem oddalili się do drugiego auta i pojechali na farmę, zostawiając nas samych. Marzyłem o gepardzie. To miejsce było inne niż to wczorajsze chyba dla kocura wymarzone. Teren był pagórkowaty i pofałdowany, otoczony krzakami. Wodopój nieco mniejszy. Dostąp do wodopoju również był inny, jakby trudniejszy. Nie wiedziałem sam co mam myśleć o tym miejscu. Zresztą, tak naprawdę to czasu było tak mało bo zdążyłem usiąść i kątem lewego oka zobaczyłem wyłaniające się z buszu dwa oryksy. Nie rozumiem jak mogły nas nie słyszeć, nie widzieć, bo przecież przyszliśmy z tek samej strony, tyle, że my dziesięć minut wcześniej. Jeszcze raz sprawdza się moja teoria o Świętym Hubercie. Idą dostojnie i powoli. Dorosła piękna para byk i krowa. Obydwoje z pięknym medalowym trofeum na łbie. Zamarłem. Tym razem byłem pierwszy i ja najpierw zobaczyłem oryksy. Siłą rzeczy, bo od strony Niemca nie było ich widać. Dał mi pozwolenie strzału. Wybrałem byka. U oryksów krowa ma rogi nawet dłuższe od byka, nieco cieńsze i gładsze. Rogi byka są bardziej wyraziste, bardziej zaznaczone karby, grubsze, cięższe w masie, lecz zazwyczaj krótsze. Obydwa stworzenia dotarły do wody. Mogłem im się przyjrzeć. Czasu niestety było mało, bo złapały wiatr. Wiedziały, ze nie są same przy wodopoju. Złożyłem się, złapałem światło lunety, środek krzyża naprowadziłem na wysoką komorę oryksa, nabrałem powietrza w płuca i w kompletnym bezdechu oddałem strzał. Brawo! Brawo! – Krzyczał Wolfgang. Oryks padł w ogniu. Krowa uszła. Potem żałowałem, bo mogłem pokusić sie o dubleta. Był możliwy i mało ryzykowny. Zresztą żałuję do dzisiaj, że nie strzeliłem dwa razy. Na popołudniowym wyjściu działo się niewiele. Odczuwalny był pobyt geparda a właściwie gepardów w łowisku. Zwierzyna siedziała w ostoi i nie wyściubiała nosa z buszu. Po długim oczekiwaniu wyszły do wodopoju w stadzie hartebesty. Nie na strzał, młode i głównie krowy, czyli osobniki płci żeńskiej. Jedyne co to miałem okazję zrobić trochę fotek. Po nich przyszedł stary pojedynek guźca. Nie przypadł mi do gustu ten gatunek ze względu na swoją wątpliwą estetykę. Mam już jednego na rozkładzie, temu darowałem. Tylko Niemiec wykrztusił między zębami: „-twój lepszy, złoty medal”. Wróciliśmy do bazy. Przy posiłku zrobiliśmy małe podsumowanie dnia, a po kolacji podsumowanie mojego pobytu, który niebawem miał się skończyć. Byłem nie swój i coś mnie wiecznie dręczyło. Prawdopodobnie gepard, który jeszcze nie leżał na rozkładzie. Wkurzałem się, a potem tłumaczyłem sobie, ze to tylko polowanie i nikt tu gwarancji nie daje. Ale jednak w tym wewnętrznym pojedynku wygrywało moje ego. Byłem zły, że jeszcze nie pozyskałem geparda. Kot był moim marzeniem i to nieosiągalnym. Zacząłem sobie zdawać sprawę z tego, że zostało mi tu tylko dwa dni pobytu i szanse na kocura są małe. Nie mogłem spać. Każdy sen, nawet ten popołudniowy dotyczył polowania na geparda. W głowie była cały czas bitwa rozsądku z nadzieją. I jak u każdego myśliwego zwyciężała nadzieja. Bo czym byłaby nasza pasja bez nadziei. Ile mniej przyjemności mielibyśmy bez wyobraźni i marzeń. Lekko uspokojony udałem się do mojego pokoju, wiedząc, że i tak mój sen będzie krótki i ciężki ze względu na ogrom myśli w mojej głowie. Położyłem się do łóżka i starałem się zasnąć. Z trudem mi się to udało.

Polowanie dzień dziewiąty.

Wstałem zaraz po szóstej i jak co dzień poranna toaleta. Wcześniej o tym nie pisałem, ale rano zawsze używałem bezzapachowego mydła. Takie zwykłe mydło dla alergików, które nie posiada żadnego zapachu. Również antyprespiranty bezzapachowe. Dzika zwierzyna ma doskonały węch, często lepszy od wzroku i słuchu. Nie należy jej drażnić jakimiś wymyślnymi zapachami z Europy. Może to ją płoszyć. Po toalecie poszedłem do kuchni na śniadanie. Od samego rana było bardzo gwarno w całej bazie. Assi oznajmiła mi, że w łowisku są gepardy. Były widziane przez tropicieli wcześnie rano. Widzieli je również pracownicy farmy, którzy pędzili bydło na pobliskie pastwisko. Podobno kręci się w okolicy ogromny kot. Samiec wielkich rozmiarów. Właścicielka łowiska wcale nie była zachwycona jego bytnością. Marzyła o jego strzeleniu równie bardzo jak ja. Wiedziałem o tym i czułem wewnętrznie, że coś się może przydarzyć. Na pewno informacja o kocie nie była chwytem marketingowym farmy. Podobno na sąsiedniej farmie ten wielki kocisko narobił dużo szkód. Teraz jest u nas. Co przyniesie dzisiejszy dzień? To pytanie zadawałem sobie codziennie, ale dzisiaj znak zapytania ma inne rozmiary. Jest wielki jak słoń. Wyjechaliśmy zwarci i gotowi. Siedziałem na pace trzymając sztucer w rękach. W komorze znajdował się nabój. Byłem gotowy na szybki strzał, a nawet kilka strzałów z wolnej ręki. Co chwila stawaliśmy. Z samochodu zeskakiwali czarni tropiciele i z chytrym uśmiechem mówili: „-Był tu niedawno”, albo: „-Wielkie kocisko”, lub: „ –Wielki jak lew”. Chyba nie muszę nikomu, a już myśliwym na pewno, mówić jak bardzo mnie to podniecało. Dostawałem drgawek z dużej dostawy adrenaliny. A w tym samym czasie chęć pozyskania drapieżcy urastała na równi z himalajskimi szczytami. W którymś momencie murzyni znaleźli tropy dodatkowo samicy z jednym młodziakiem. Bóg jeden tylko wie ile ja się wtedy nacierpiałem. Ile miałem nerwów i podniecenia. Sytuacja szarpała moją duszę na strzępy, a ja byłem bezradny i bezsilny, lecz gotowy do strzału. Może i dobrze, że wtedy nic mi nie wylazło, bo pewnie nie trafiłbym. Ręce mi drżały jak u chorego na Parkinsona. Ciężko jest opisać ten stan, który przeszedł na mnie z tropicieli, a moja wyobraźnia spotęgowała go dwudziestokrotnie. Potrzebowałem lekarza albo szklanki szkockiej bez lodu. Pojechaliśmy nieco wcześniej niż zazwyczaj do farmy. Było parę po jedenastej jak wyruszyliśmy z łowiska. Wolfgang doświadczony myśliwy, wiedział co robi. Widział w jakim jestem stanie, co te skurczybyki murzyni zrobili ze mnie swoimi zachwytami i głośnymi uwagami na temat tropów i w ogóle. Błyskawiczna kuracja konieczna bo nie byłbym w stanie jechać na polowanie popołudniowe. Jak zaplanowałem tak zrobiłem. Moja ulubiona Cohiba Nr.2, szklanka ciepłej szkockiej. Siedziałem na tarasie w przydomowym patio paliłem cygaro i popijałem whisky. Zapach Cohiby i kwitnących roślin w patio mieszały się tworząc wspólnie wonny aromatyczny narkotyk, przynoszący ukojenie dla ciała i starganej duszy. Whisky już po drugim łyku była wyczuwalna we wszystkich wewnętrznych zakamarkach mojego organizmu. Zbliżało się południe i wilgotność powietrza i temperatura rosły. Teraz docierał do mnie wyraźnie zapach tropikalnych drzew otaczających farmą i pięknych ozdobnych krzewów, które pieczołowicie pielęgnowała Maria. Dookoła rozlegał się śpiew ptaszków. Asi wychyliła głowę z kuchni i mówi do mnie: „- Andew, słyszysz co to ptaszysko wyśpiewuje? – Ka-spa-rov, kas-pa-rov, kasparov. Ha,ha,ha” Uśmiechnąłem się pod nosem. –Zabawne, rzekłem, choć pomyślałem inaczej. W mojej szklance pokazało się dno. Wolfgang jako doświadczony, zawodowy myśliwy, bez pytania dolał do niej kolejną porcję whisky. Miłe okoliczności przyrody. Jest mi dobrze i czuję jak wszystko mi odeszło, wyluzowałem się. Kończyłem cygaro popijając szkocką jak usłyszałem z za pleców „-Panowie lunch” Pożarłem przygotowany posiłek niczym zwierz i poszedłem do swojego pokoju na sjestę poobiednią. Było to mi bardziej potrzebne niż lekarz. Przekonałem się o tym jak wstałem i czyniłem przygotowania do popołudniowego wyjazdu do łowiska. O trzynastej byliśmy już daleko za ogrodzeniem farmy. Wolfgang zawiózł mnie na ambonę, którą wszyscy typowali na wyjście geparda. Usiedliśmy po cichu wyczekując czasu właściwej chwili. Przy wodopoju było totalnie pusto. Nic a nic. To niewiarygodne, nawet ptaków podobnych nieco do perliczek nie było. Dotąd zawsze odwiedzały wodopoje, robiąc trochę niepokoju i drażniąc swoimi odgłosami myśliwych na ambonie. Pustynia- pomyślałem. Mój opiekun wyszeptał „-Cheetah”(czita)-wskazując swym długim, pokrzywionym paluchem na krzaki po lewej stronie ambony. Serce mi zadrżało. Tym samym, wstrętnym paluchem pokazał mi „Cisza” przykładając go prostopadle do ust. Siedzimy prawie nie oddychając. Czekamy. Jedyny ruch jaki wykonuję to ruch gałkami ocznymi. W rękach trzymam sztucer, kula w komorze, jestem po próbnym składzie. Wszystko gra. W myślach powtarzam: „-Wyłaź do cholery, no wyłaź do tatusia, no prędzej.” Nie oddychamy. W około wodopoju nastała cisza. Tak wielka cisza, że było ją słychać głęboko w głowie. Wwiercała się w głąb mózgu robiąc sabotaż dla zdrowego myślenia. Teraz każdy szmer brałem za odgłosy pochodzące od wychodzącego z buszu geparda. Znowu nerwy. Cholerne nerwy. Co chwila z między moich zębów wypełzało wyciszone: „-K....mać” Robiło się coraz ciemniej. Słońce już zaszło i powietrze zaczęło być ciężkie i mniej przejrzyste. Polowanie dobiega końca. Lecz w jednym momencie Wolfgang unosi prawą rękę do góry dając tym znak: „-Uwaga” Następnie pokazał paluchem: „-Cisza” a machając lewym kciukiem w lewą stronę i prawą ręką powiększając prawe ucho powiedział: „ -Słuchaj z lewej”. W istocie słychać było pomruki kota, podobne nieco do pomruków kota domowego, lecz dużo bardziej basowe i bardziej doniosłe. Potem niewielki szmer w krzakach i cisza. Z tej samej strony ( lewej) ambony w przesmyku, bardzo daleko zobaczyłem pręgowane poruszające się ciała. Na początku pomyślałem „- Pewnie oryksy i spieprzą mi sprawę”. Lecz myliłem się bardzo. Było to stado zebr stepowych, liczące dwanaście osobników w trzech grupach rodzinnych: cztery, pięć i trzy sztuki. Wszystkie wyszły na otwarty teren przy wodopoju i zatrzymały się w rogu. Miały zamiar napoić się. W stadzie było cztery sztuki młodzieży w różnym wieku. Nie dochodziły do wody. Stały i patrzyły w jej kierunku. Zapewne odczuwały duże pragnienie. Wystąpiło niewielkie poruszenie w stadzie. Widocznie złapały wiatr. Wyraźnie widać było zdenerwowanie u osobników dorosłych posiadających młode. U nich nerwy a w mojej głowie karuzela decyzji, a czasu mało. Czy strzelać zebrę, czy czekać na cheetah'a. W tym momencie zginęły mi w krzakach dwie grupy rodzinne z młodymi. Jedna jeszcze stoi i patrzy raz w moją stronę raz w stronę, gdzie słyszeliśmy drapieżnika „-Lepszy wróbel w garści” pomyślałem, następnie szybko złożyłem się. Miałem w krzyżu największego osobnika z całej trójki. Samiec zapewne. Naciągnąłem naciąg iglicy i oddałem strzał. Zebra zaznaczyła, ale pobiegła żwawym kłusem i zniknęła mi z zasięgu wzroku. Robiło się coraz ciemniej. Mówię więc do Wolfganga: „- Idziemy zobaczyć, szybko, bo zaraz będzie ciemno i nie znajdziemy farby”. Zleźliśmy z ambony, zarzuciłem na plecy kamerę fotograficzną, karabin i poleciałem w miejsce postrzału jak bym miał motorek w d..... Te blisko dwieście metrów zrobiłem chyba w pół minuty. Patrzę jest farba, dużo. Uf, odetchnąłem. Trafiłem, to dobrze. Odwracam się w kierunku w którym uszła zebra, patrzę a nie więcej jak po trzydziestu metrach leży strzelony przed chwilą zwierz. Oglądam i sam jestem dumny z siebie. Piękny komorowy strzał na ponad dwieście metrów.  Zebra stepowa jest największym osobnikiem ( podgatunkiem) w śród wszystkich zebr i waży grubo ponad dwieście kilo. Można powiedzieć, że kula 7 Remington Magnum na dystansie dwieście metrów położyła „w ogniu” dużą dwieście pięćdziesięciokilogramową zebrę ( prawie w ogniu bo to strzał był komorowy). Zrobiliśmy trochę fot. Niewiele wyszło bo Szkop coś poprzestawiał w kamerze, a ja w pośpiechu przed znikającym światłem dziennym zapomniałem dokonać korekt jego głupoty i przywrócić ustawienia początkowe. Ale dzięki Bogu kilka wyszło. Wcześniej nie pisałem o tym, ale zebra też leżała w okręgu moich zainteresowań. Przez pierwsze pięć dni jeździliśmy za zebrą po całym łowisku i ani razu jej nie spotkałem. Już myślałem, że Assi „ściemnia” mi i nie ma tu ani jednej zebry. Assi tłumaczyła, że zebra jest gatunkiem migrującym i czasami pójdzie tak daleko, że nie widać jej kilka tygodni. Piątego dnia zobaczyłem dwie zebry na sawannie, bardzo daleko i Niemiec nie podejmował próby podejścia. Tego samego dnia po południu mieliśmy zebrę trochę bliżej, na jakieś pięćset metrów i próbowaliśmy ją podejść, ale bez sukcesów. Więc to, że za jednym zamachem zobaczyłem dwanaście sztuk w trzech grupach rodzinnych było prawdziwym szczęściem. Wolfgang potwierdził ten fakt, że rzadko się zdarza, żeby dużą grupą pokazywały się przy wodopoju. Dzisiaj nie udało się strzelić geparda, ale mam zebrę – moją nagrodę pocieszenia od Patrona. Ja pstrykałem jakieś fotki aparatem w telefonie, dla kolegów z koła, a Niemiec pomaszerował po Toyotę. Załadowaliśmy zdobycz na pakę i hajda do bazy. Była już czarna noc. Siedziałem w szoferce z lewej strony na miejscu dla pasażera. W Namibi ruch jest prawostronny, pozostałość po Anglikach tak jak krany w umywalkach, jeden z zimną, drugi z gorąca wodą- kompletny idiotyzm. Jedziemy tak sobie i z przyzwyczajenia rozmawiamy szeptem. Myślę, że ujechaliśmy niecały kilometr jak Niemiec hamuje, delikatnie w miarę, lecz wyczuwalnie. Ja patrzę energicznie przez przednią szybę i widzę dwa jarzące się jak węgliki, światełka. Odbicie świateł samochodu w oczach kota, który wyszedł nam na spotkanie, żeby chyba zadrwić z nas. Jedno jest pewne, że nas przechytrzył. Stał tak przez chwilę i patrzył na zbliżający się samochód niczym zwycięzca na cofających się wrogów, później zniknął w ciemnościach nocy. I tyle go widziałem. W bazie wszyscy byli poruszeni i zadowoleni ze zdobyczy jaką upolowałem. Po pierwsze dużo mięsa po drugie dużo kasy od myśliwego. Murzyni skrupulatnie sprawiali zwierza. Zapach świeżej krwi, charakterystyczny przy patroszeniu i bieleniu rozpływał się po okolicy. My to znaczy biała obsługa farmy, właścicielka i ja zmierzaliśmy na wieczerzę. Było nakryte. Posiłek jak zwykle smaczny. Syty i kaloryczny z bukietem witamin i energetycznym kompotem, czy czymś w podobnym. Tak mnie to wszystko wzmocniło, że parę głębszych po kolacji nawet nie poczułem w głowie. Assi przy palącym się kominku musiała wysłuchać wszystkich opowieści o polowaniu na geparda, bo to ją interesowało najbardziej. Duży drapieżnik może przez kilka dni zabić kilkanaście cieląt. To by ją bardzo drogo kosztowało. Na pewno mogłaby być to odczuwalna dla farmy strata, to i nie dziwota, że tak bardzo się boją drapieżników grasujących na ich terenie. Muszę powiedzieć, że ludzie tu żyją skromnie ale również bardzo oszczędnie. Czasami to myślałem o nich, że to Szkoci jacyś ,przeklęci w czasach kolonialnych i wygnani ze Szkocji za nadmierną chytrość. Może ich krzywdzę nawet jak tak myślę. Ta ich „oszczędność” widoczna była na kilometr a w połączeniu z niemiecką mową stawała się mieszanką nie do zauważenia. Tak trochę krzywdy, takiej malutkiej to im nie zaszkodzi, bo to Niemcy przecież. Mamy z nimi rachunki historyczne, choć przebaczone oficjalnie przez biskupów. Dzisiaj jednak obciachem jest nawet myśleć tak jak tu piszę. Taka mała refleksja. Ale już wracam do tematu. Wszyscy to znaczy się ja i Wolfgang zdaliśmy przy kolacji Assi relację. I bez tego była doskonale zorientowana, bo wcześniej przemaglowała dokładnie czarnych tropicieli a ci na pewno wiedzieli znacznie więcej niż my. Pogaworzyliśmy do północy chyba. Towarzystwo podniecone wydarzeniami w łowisku, rozkręcało się coraz bardziej. Ja może najmniej przywykły do buszu, poczułem ciężar powiek i bliskość marzeń sennych. Nie chciało mi się już tłumaczyć, łamiąc język i ze zmęczenia i senności i wykonałem tzn. „anglika” czyli po angielsku niezauważenie oddaliłem się do komnaty zwanej moim pokojem. Zmrużyłem oczy i popłynąłem w długie i męczące marzenia senne. Męczące dlatego, bo już zaczynałem podsumowania pobytu. Został mi jeszcze jeden dzień polowania i tak bardzo chciałem strzelić geparda. Zasada jest w moim życiu taka, że ostatnia szansa jest niewykorzystana. To mnie dodatkowo denerwowało i spędzało sen, taki normalny sen, bo przecież kręcenie się w łóżku z boku na bok w półśnie to jest męczarnia. Dodatkowo w szybkim liczeniu prawdopodobieństwa, matematycznie wychodziło, że mam szanse poniżej jednej dziesiątej procenta. Uf, ale ciężka noc. Prawie nie spałem.

Polowanie dzień dziesiąty

Można powiedzieć, że to już rutyna czy rytuał ta poranna toaleta, dobór odpowiedniego ubrania i śniadanie. Moi gospodarze „wyumieli” się po polsku „Darz Busz” i tak pięknie to wymawiali z syczącym niczym wąż „szsz”. Mówili też pięknie „-Dzień dobry”. Mamy tu pewien szacunek, gdyż wydając nasze euro nie oglądamy go dookoła, tylko płacimy bez targów. Ot nasza ułańska fantazja i klasa. Przybywający tu Niemcy chyba nie są tak szczodrzy jak Polacy, bo koło nich nikt tak nie skacze jak koło nas. Jest to bardzo miłe uczucie być tak faworyzowanym i czuć się trochę „lepiej”. Czarnoskórzy pracownicy rano otropili teren. Interesował nas dzisiaj już tylko gepard. Postanowiliśmy dzisiaj go dopaść, bo z pewnością jest w łowisku i czatuje na antylopy czy bydło Assi. Gepardy są drapieżnikami i mocno dają się we znaki farmerom i właścicielom prywatnych łowisk. Gepardy polują głównie na niewielkie zwierzęta do czterdziestu kilogramów. Ich przysmakiem są guźce, małe antylopy i cielęta bydła domowego. Kot ten ma piękne i muskularne ciało, wysokie, długie i cienkie nogi. Ciało jest na pierwszy rzut oka smukłe i chude, lecz ma bardzo obszerną klatkę piersiową w której mieszczą się ogromne płuca. Łeb ma niewielki względem swego ciała, lecz duże wysoko osadzone oczy i ogromne nozdrza pomagające szybkiemu oddychaniu. Uszy są niewielkie co sugeruje, że najważniejszym jego zmysłem jest wzrok i węch a największym atutem prędkość. Ma przepiękną suknię, w kolorze płowym z ciemnymi cętkami co czyni go mistrzem kamuflażu. Jest wspaniałym zwierzęciem o pięknej budowie i znakomitych proporcjach. Jest również znakomitym przeciwnikiem dla myśliwego. Choć gepard poluje w dzień i nie osłania go ciemność nocy jak inne koty, to chyba co pięćdziesiąty myśliwy może go pozyskać. Drapieżnik poluje wczesnym rankiem lub przed zachodem słońca. Zbliża się do swojej ofiary na odległość kilkunastu metrów i pełnym długim skokiem rozpoczyna pościg. Przeważnie zakończony sukcesem. Jeśli nie osaczy ofiary na dystansie stu- dwustu metrów to dalej nie goni tylko czeka na następna okazję. Ma wspaniały węch i jak wyczuje ludzi, których za zwyczaj nie atakuje, to chowa się w buszu lub ucieka. Ja miałem okazję w trakcie mojego pobytu w Namibii mieć kontakt z gepardem jedynie werbalny i widziałem wielokrotnie jego tropy. Jeśli chodzi o kontakt werbalny to tak jak już pisałem wcześniej odwiedził kilkakrotnie wodopój przy którym była moja zasiadka. Jednak nie wychylił nosa z krzaków. Wydawał śmieszne dźwięki podobne nieco do dźwięków emitowanych przez domowego kota lecz nieco mocniejsze. Można tu było słyszeć mruczenie i miauczenie, nawet takie charakterystyczne gulgotanie i posykiwanie. Gepardy w przeciwieństwie do innych dzikich kotów nie ryczą. Biologię tego kota poznałem w Afryce, głównie z opowiadań moich gospodarzy, no i trochę z książki zakupionej w stolicy w Windhuku. Rankiem pojechaliśmy po moje „złote runo”. Duża grupa tym razem ruszyła z naszego obozu. Wolfgang i ja oraz trzech tropicieli i kierowca Toyoty. Na „pace” samochodu było bardzo ciasno i niewygodnie, ale krótko, bo tropiciele zaraz zeskoczyli i dużą część drogi robili na piechotę lub wisząc na burtach skrzyni. Było wiele tropów, lecz kot nie wyszedł nam na spotkanie. Już prawie pogodziłem się z przegraną choć jeszcze iskierka nadziei tliła się we mnie. Popołudniowy wyjazd ograniczył się do zasiadki na ambonie przy wodopoju. Bawiło mnie tu ptactwo, które odbywało przeróżne tańce godowe, tworząc piękne przedstawienie, niczym balet klasyczny. Przy tym wspaniałe śpiewy, klekotania i gulgotania perliczko-podobnych. Najpiękniej śpiewały małe pstre ptaszki z purpurowo-czerwonymi piórkami. Inne krakały podobnie do naszych wron. Siedziałem na ambonie niczym w operowej loży, bez damy a z długim, chudym i małomównym Niemcem, przypominającym stracha na wróble. Prześmieszny kontrast, piękno najwspanialszej przyrody w wyglądzie, tańcu i śpiewie i brzydota Niemca. A ja po środku w centrum widowni. Po grubej zwierzynie śladu nie było. Co robić? Siedzę i rozmyślam nad moim pobytem. Co powiem w Warszawie? Dlaczego nie strzeliłem geparda? Cel wyprawy nie został osiągnięty. A może to wina przewoźnika, bo przez niego mam skrócony o jeden dzień pobyt. Do cholery trzeba myśleć pozytywnie. Natychmiast porażkę zamieniłem w sukces. Takie prywatne pozytywne myślenie. Widocznie Święty Hubert zaprasza mnie do Afryki w przyszłym roku. Okoliczności przyrody były piękne. Śpiew i taniec ptaków, słońce z paskudnej , złotej i piekącej patelni zamienił się w piękny czerwony krąg pozostawiając na niebie czerwono-granatowe smugi. Już prawie uwierzyłem w teorię przeznaczenia, siedząc rozmarzony, gdy szturchnął mnie niedelikatnie Wolfgang i pokazał swoim paluchem na wychodzącego z zarośli oryksa. Już sięgałem prawą ręką po sztucer i zobaczyłem, że antylopa ma jeden róg, drugi stracila zapewne w walce. W tym momencie ręka moja zmieniła kierunek i podjęła kamerę fotograficzną. Byk jako wspaniały foto-model, pewnie już z taką praktyką, pozował do zdjęć. Miałem trochę za mało światła, ale udało mi się zrobić niewielką sesję, która stanowić będzie w moich zbiorach ciekawostkę. Oryks byk z jednym rogiem stal się chcąc nie chcąc moim prywatnym pożegnaniem z Afryką. Zapadła noc i trzeba było wracać do obozu. Na stole czekała kolacja. W kominku strzelały palące sie szczapy. Były tak samo twarde jak suche. Ogień dawał dużo ciepła, tak więc chłód nocy był niewyczuwalny. Polały się strużki whisky. Był moment na podsumowanie. Assi spytała: ”- Andrew, czy jesteś zadowolony z pobytu?” Skłamałem, że tak, bo naprawdę to nie spełniłem swojego marzenia, nie przechytrzyłem geparda i nie położyłem go. Miałem niedosyt. Nie mogłem tego wyjawić moim gospodarzom. Tak bardzo się starali, tal bardzo dbali o mnie. Byli mili i uprzejmi. A dzisiaj „zielona noc” ma być miło.... Assi dbała o moją szklankę. Musiałem jej zwrócić uwagę, że Polacy nie Ruscy i piją trochę mniej. Zaśmiała się od ucha do ucha. Assi sprawiała wrażenie, że kocha Polaków. Była dwa razy w Polsce i mówi, że się zakochała. I w Polsce i Polakach i gościnności i kuchni. Przyjemnie mi było wysłuchać takie opinie kobiety z bardzo dalekiego kraju. Grzecznie przypomniałem gospodyni o jutrzejszym całodniowym zwiedzaniu stolicy. Wypiliśmy jeszcze po polsku „rozchodniaczka” i do łóżek. Nazajutrz po śniadaniu wyruszyliśmy do Windhoeku. Stolica jest niewielka, położona bardzo wysoko, bo około tysiąca dwustu metrów n.p.m. Nie ma tam nic szczególnego do zwiedzania ani oglądania. Ja zauważyłem tam natychmiast bardzo wyraźny podział rasowy. Mocna, gruba granica pomiędzy białą ludnością i czarną. Już po drodze kontrastowały piękne wille i stylowe budynki farm białych namibijczyków i slamsy czarnych. Assi podśmiewała się w czasie podróży z anten telewizyjnych na domkach ze skrzynek po pomarańczach i prostowanych stalowych beczek. Mówiła: „- U bambusów tv to najważniejsze w życiu”. Nie podobało mi się to. Zresztą takie skuchy robili z Wolfgangiem często. W Namibi zamieszkuje osiem głównych plemion rdzennej ludności. W przeciwieństwie do Wschodniej Afryki gdzie ludzie są proporcjonalni i piękni o wyrafinowanej urodzie tu nie grzeszą nadmierną pięknością. Nie posiadają wspaniałej cery, czy białych jak porcelana zębów. Są po prostu brzydcy. Niskiego wzrostu o wątłej budowie ciała i spłaszczoną od przodu twarzą ze spłaszczonymi nosami. Oczywiście zdarzają się wyjątki, niestety tylko płci żeńskiej, co z rozkoszą uwieczniałem w pamięci mojej kamery.

Namibia jest Republiką. Parlamentarną a tutejszy rząd tworzą rdzenni mieszkańcy kraju czysto czarni. Policja i urzędy również. Gospodarka należy przeważnie do białych osadników. I ci są twórcami tego co wszystkim kojarzy się z cywilizacją. W dziewiętnastym wieku , kiedy pojawili się w Namibi niemieccy kolonialiści i udało im się pogodzić zwaśnione plemiona tubylców i zaprowadzić pokój, to zaraz wzięli się za robienie tz. niemieckiego porządku. Rozpoczęła się budowa lini kolejowych a przy tym wiaduktów, mostów, stacji itd. Wtedy powstało również wiele dróg, portów i miasteczek, bo prawdziwego miasta to nie ma tam do dzisiaj. Niemieckim zwyczajem musiano zbudować koszary i inne fortyfikacje, w dalszej kolejności powstały kościoły i klasztory, szkoły, plebanie. Muszę wyrazić swój podziw nad tutejszymi przydomowymi ogródkami. Nie mam pojęcia czyja to tradycja czy niemiecka czy angielska ale są i upiększają miasto. W stu procentach sztucznie nawadniane, są prawdziwymi perłami ogrodnictwa. Urzekającym pięknem i nęcą wszystkie oczy do spoglądania na nie i podziwiania. Myślę, że to takie tubylcze hobby połączone ze współzawodnictwem: Czyj ogródek piękniejszy? Rośliny z kolorowym kwiatostanem zakomponowane w układ mieniących się barw i przenikających kolorów, czasami jakieś rzeźby czy fontanny, oczka wodne z kolorowymi rybkami. Nieprawdopodobnie piękne ogrody, w tym pustynnym kraju , psuły rzucające się w oczy systemy odzysku wód opadowych. Nieestetyczne rynny i rury pionowe, rezerwuary stojące gdzieś na zewnątrz na rusztowym podwyższeniu. Ja bym to ukrył i było by perfekt. Widziałem również w Windhuku parki z trawą , palmami i kaktusami w których w czasie sjesty w trawie drzemali różni ludzie. No i nie sposób milczeć o pałacu prezydenckim. Jest on usytuowany nieco na obrzeżach stolicy i wykonany jest z kilkukrotnie większym rozmachem niż „Biały Dom” I choć państwo kilkaset razy biedniejsze, może kilka tysięcy razy od Ameryki to prezydenta stać i już.  Tam gdzie są widoczne jakieś zyski i pieniądze są tam biali. Przemysł i Poważne rolnictwo, turystyka, handel to wszystko jest w rękach białych kolonialistów, głównie niemieckiego pochodzenia. Po Anglikach jest lewostronny ruch drogowy, samochody z kierownicą z prawej strony, słynne angielskie umywalki i parę jeszcze kretynizmów. Ale byli tu i zostawili swoją spuściznę. Acha, język urzędowy, przecież angielski, jest tu po Anglikach. Po pierwszej wojnie światowej jak Niemcy wzięli w du..... w Europie, to i stąd ich Anglicy wysiudali. Ale ci odrodzili się jak feniks z popiołów i są dzisiaj najważniejszą mniejszością narodową. Odwiedziłem kilka sklepów z pamiątkami i o dziwo spotkałem się tu ze wspaniałym, prawdziwym rękodzielnictwem. Nie ma tu szmiry pod turystów, wręcz przeciwnie, można spotkać wiele interesujących dzieł sztuki na wysokim poziomie. I jak zwykle w takich przypadkach mają one jedna wadę - są drogie. Jeśli kogoś stać wydać kilka tysięcy euro, to w jego dom ozdobią przepiękne przedmioty, z certyfikatem twórcy, prawdziwe dzieła.

Jest tu ( w Windhoeku) setki ogłoszeń firm i farm organizujących safari. Na dobrą sprawę jak ktoś przyjedzie tu, bez żadnych planów, to na miejscu może zorganizować sobie safari, bez pośredników i bez rezerwacji i przedpłat. W tutejszych sklepach można kupić odzież i obuwie na safari. Broń mu wypożyczą i dostarczą każdą ilość amunicji. Ogłoszeń jest wiele. Są firmy co organizują tz. Foto-safari, po parkach narodowych. Na lotnisku spotkałem amerykanów, emerytów , którzy z takiego bezkrwawego safari wracali. Byli zachwyceni. Mieli parę tysięcy zdjęć i kilkanaście godzin materiałów na film. Urzędowy język to angielski, ale bardziej popularny jest niemiecki i afrykanerski.

Windhuk niczym nie zaskakuje i niczym nie urzeka, ot takie zwykle afrykańskie miasto, miasteczko właściwie.

Wieczorem wróciliśmy do obozu. Nazajutrz miałem samolot do Frankfurtu. Mijał mi właśnie trzynasty dzień pobytu w Afryce.

Po odprawie broni i bagaży usiadłem w hali odlotów. Pierwsze co zrobiłem, to zadzwoniłem do żony. Krotka informacja: Wszystko ok. Wracam, jutro jestem w domu. Potem moim kolegom wysłałem mms-em fotki moich zdobyczy. Czekałem na gratulacje, które to w łowiectwie, wśród kolegów są kulturalną formą wyrażenia zazdrości. Nie doczekałem się, bo mms-y  dotarły do kolegów po miesiącu.

Afryka dzika i tyle.

Po powrocie.

 

Wróciłem do Kraju bez żadnych kłopotów i na czas. Z lotniska punktualnie odebrała mnie małżonka.

Broń też przyleciała ze mną i nie miałem stresów związanych z opóźnieniami tak jak to było po przylocie z Argentyny. Jeszcze przez wiele wieczorów żyłem afrykańska przygodą. We snach ciągle tam byłem, słyszałem nieudaczny głos Wolfganga i szelmowskie uśmiechy Assi. Ciągle jeszcze miałem nerwy i nocne mary związane z polowaniem na geparda. Trwało to wszystko około miesiąca. Chyba było by krócej, ale ciągle to nowym kolegom opowiadałem o wrażeniach z pobytu w Afryce, o polowaniach i wszystkie emocje wracały do mnie jak bumerang.

Na wstępie pisałem, że wyprawa zaczyna się na długo przed wyjazdem, a po powrocie też jeszcze trwa kilka tygodni. W emocjach i myślach oraz snach. W pamięci człowieka zostają wspaniałe chwile i przeżycia, których nigdy nie straci, są jego na wieki i właśnie dla tego należy wypuszczać się na dalekie wyprawy łowieckie.

Jak ochłonąłem z tych myśli i jeszcze nękających mnie wspomnień, to pomyślałem sobie, że warto przygodę moją opisać. Przyznaję się tu wszystkim, którzy mój reportaż z podróży przeczytali, że Bozia literackiego talentu mi nie darowała. Błagam o litość i jak mnie nie nazwiecie grafomanem, to jeszcze napiszę parę słów o przygotowaniach, ekwipunku, ubraniach etc.

Zacznę chyba od walizek i pojemnika na broń i amunicję. Odradzam zabieranie ze sobą ciężkich już w sobie waliz, toreb czy skrzyń podróżnych. Już puste ważą dużo i limitują nasz zasadniczy ekwipunek. Polecam zaś teraz bardzo popularne walizki z poliwęglanów. Są wyjątkowo lekkie, mają kółeczka, są sztywne i odporne na zniszczenie, czyli mają same zalety. Wadą jest, że nie wyglądają jak na bagaże myśliwego- podróżnika, włóczykija. W miejsce „ kilogramów” bez-sensownej walizy skórzanej czy brezentowej polecam zabrać sprzęt foto czy kamerę video. Cały mój drogocenny sprzęt, czyli kamera video, kamera foto, celownik optyczny, lornetka, cieplejsza kurtka, koszula na zmianę, wszystko to poszło do bagażu podręcznego. Sztucer został odprawiony w oryginalnym pojemniku na zamki cyfrowe. Na safari zorganizowanym w prywatnych łowiskach nie potrzeba wiele ubrań, bo służba nasze ubrania pierze. Należy je tylko położyć przy drzwiach na podłodze a jeszcze tego samego dnia będą czyste i wyprasowane czekały na nas w pokoju. Zatem należy zabrać dwie pary butów. Ja miałem trzy pary i klapki. Zabrałem wysokie „kolonialne oficerki” buty wojskowe US Army tz. „pustynne” , buty sportowe, bardzo wygodne na podróż typu adidasy firmy Beretta i klapki. W okresie zimowym w Namibii wszelkiego rodzaju żmije i węże są bardzo aktywne i trzeba się chronić od dołu w miarę solidnym i wysokim obuwiem. Dwie koszule safari oraz dwie pary spodni myśliwskich w zupełności wystarczą. Ja jestem z natury przewidujący i poza dwiema parami spodni myśliwskich safari i dwiema koszulami, zabrałem jeszcze dwie kamizelki ze zgrubieniem na prawym ramieniu, dodatkowe dwie koszule „wyjściowe” na podróż. Bielizna jest sprawą oczywistą i tu każdy musi się dostosować do swoich potrzeb. Jeśli ktoś ma ostry zarost to polecam jedwabną apaszkę na szyję, względnie chusteczkę, bo głową w trakcie polowania kręci się na okrągło. Najbardziej istotnym elementem ubioru jest kapelusz. Z doświadczenia wiem, czym większe rondo tym lepszy. Chroni twarz z przodu i kark z tylu przed wyjątkowo natarczywym słońcem. Żadna czapeczka typu „bejsbolówka” czy inna nie wystarczy. Okulary słoneczne nie wchodzą w grę gdyż nie działają razem z lornetką i lunetą celowniczą. Kapelusz jest idealny. Cienkie rękawiczki jako ochrona przed słońcem. Kremy z filtrem co najmniej  „czterdziestka” i krem na oparzenia słoneczne. To uratowało mi życie, a raczej twarz. Miałem bardzo dotkliwe oparzenie na nosie, ale wyszedłem z tego. Miękka i ciepła kurtka ochroni nas przed zimnem rano i wieczorem w Namibi i w czasie podróży w Europie. Ja zabrałem wyjątkowo uniwersalną kurtkę Beretta z cienkiego ortalionu z wypełnieniem z syntetycznego puchu. Cieniutka, bardzo lekka i ciepluteńka. Sprawdziła się na polowaniu i w bagażu podręcznym. Ograniczyć kosmetyki do minimum. A jeśli już to bezzapachowe. Ręczniki są na miejscu. Polecam zabrać mini apteczkę: plasterki z opatrunkiem, plasterki na odciski i obtarcia, aspirynę, coś przeciwbólowego i na zatrucia pokarmowe. Dla mnie taki zestaw przygotowała małżonka, gdyż u nas w domu jest dyżurnym lekarzem domowym. Skarpety- to również wymaga omówienia. Ja zabrałem profesjonalne skarpety jakich się używa na wyprawy. Charakteryzują się tym, że noga się nie poci w nich, buty nie obcierają i jest rotacja powietrza tz. nie jest w bucie mokro. Można takie kupić w sklepach myśliwskich czy sportowych. W ostateczności mogą być grube skarpety wełniane. O ubraniach to już chyba wszystko.

Nóż nie jest nam potrzebny, przynajmniej taki myśliwski „klasyk”. Dobrze jest mieć na wszelki wypadek większy scyzoryk. Przed wyjazdem dostałem w prezencie od Grześka Poklewskiego taką gumową uprząż do lornetki. Rzecz absolutnie idealna. Trzymała lornetką na moim brzuchu, powodując to, że zawsze ją miałem pod ręką a w czasie marszruty nie majtała się, a w trakcie strzelania nie przeszkadzała. Potem , po przyjeździe na filmach ,które kupiłem w Namibii, zobaczyłem, że wszyscy profesjonaliści mają takie gumowe uprzęże. Lornetka, która jest tu nam przydatna nie powinna być ciężka. A zatem maksymalnie obiektyw 42 mm. Ja taką właśnie miałem. „Swarovski” zresztą. W Afryce nie poluje się w nocy.

Zapomniałem chyba o jednej bardzo ważnej sprawie. Pakując na wyprawę mojego Blaser’a zabrałem maleńki zestaw do czyszczenia ze składanym wyciorem. Radzę zrobić to samo. Jest  tu wszędzie w dużych ilościach kurz. Strzela się też sporo. Ja czyściłem swój sztucer kilka razy w czasie dwutygodniowego pobytu, a uważam, że powinno robić się to codziennie. Na marginesie mogę tu napisać, że jeszcze w Argentynie widziałem u mojego kolegi Artura z Katowic takie naklejki z bibułki na wylot lufy. Chroni to właśnie przed kurzem a przy strzale nie szkodzi bo silne ciśnienie znajdujące się przed pociskiem wydmuchuje bibułkę w przestworza. Dla zamka kurz to też wróg. Zamek trzeba czyścić tak samo często jak lufę. Mnie raz się zaciął zamek z niezweryfikowanych do dzisiaj powodów.

Na tym chyba zakończę, bo chodzi mi po głowie następny „projekt” dotyczący mojego polowania w Argentynie. Myślę, że za parę miesięcy będę mógł go zamieścić na swojej stronie. A tymczasem życzę wszystkim tym, których zainspirowałem do wyjazdu na safari, wielu sukcesów. Życzę również aby mogli po powrocie do kraju jeszcze przez długie miesiące przy szklaneczce szkockiej wspominać, marzyć o następnych wyprawach. Ja przynajmniej tak czynię i już dzisiaj wiem, że w przyszłym roku minimum raz Czarny Ląd odwiedzę.

Darz Busz.

 

POSŁOWIE

Nasze wieczorne rozmowy ze szklaneczką whisky stały się rytuałem. Palił się ogień w kominku a my gadaliśmy, gadaliśmy, gadaliśmy. Jednego wieczoru, kiedy najbardziej odczuwałem brak rodziny i przyjaciół, zacząłem opowieść o Polsce. Assi na to: - Andrew my znamy Polskę, Polaków, są moimi najlepszymi klientami. Sama byłam dwa razy w Polsce. Byłam u jednego myśliwego pod Toruniem. O boże, nie ma drugiego tak gościnnego narodu na Świecie jak Polacy. Wstała i przyniosła polską książkę autorstwa Janusza Sikorskiego pt: „W buszu i w kniei”. Na pierwszej stronie znajdowała się odręczna, piękna dedykacja od Janusza dla Assi. Po małej chwili przyniosła gruby album z fotografiami, potem drugi i trzeci. Były tam fotografie z ostatnich piętnastu lat. Na kilkudziesięciu zdjęciach znajdował się Janusz. Zaprzyjaźnił się z Assi i za każdym razem odwiedzał ją. Często przywoził do niej myśliwych z Polski. Był tam lubiany i ceniony. Dwa lata później poznałem Wolfiego, również farmera i operatora safari. Jego dom stanowił kolejną bazę Janusza. Tam podobno strzelił swoje najlepsze gepardy. Tak miałem nieukrytą przyjemność podążać afrykańskim szlakiem Janusza Sikorskiego. Nestora polskiego safari, nauczyciela i przewodnika, pisarza i poety.

Dzisiaj już nie ma Go wśród nas, w sierpniu 2010 roku przestąpił granicę krainy wiecznych łowów. Jestem pewny, że wybrał w tej wielkiej Krainie Wiecznych Łowów sektor afrykański.

Będzie dla mnie wielkim honorem poświęcić Januszowi tę książkę, która jest ABC safari dla początkujących myśliwych. Zapraszam wszystkich na Jego afrykański szlak.

Andrzej Niewiadomski

 

 

 

 
A R G E N T Y N A

 

A R G E N T Y N A

 

Dlaczego Argentyna?

 

Turystyka łowiecka, rozjazdy po całym Świecie są coraz częściej w modzie. Kogo stać to jeździ na polowania nie tylko na Wschód ale również do Afryki, Ameryki południowej, Północnej i Australii. Na pewno każdy z nas pragnie przeżyć nowe przygody, poczuć nowe doznania i emocje.  Polowanie za granica na pewno mu dostarczy wielkich atrakcji. Inni zaś poszukują emocji z innych zupełnie powodów. Może chcą się wyrwać od polskiej rzeczywistości ?Tajemnicą Poliszynela jest fakt, że w większości Kół w Naszym PZŁ nie ma prawdziwej koleżeńskiej atmosfery. Przeważnie jest kilka grup, które się nawzajem zwalczają. Przy tym wszystkim rodzą się konflikty i uprzedzenia. Często niewielkie drobne sprawy urastają do rangi przestępstw i generują cały ciąg nieporozumień. Konflikty rosną jak kula śniegowa. W efekcie koledzy przestają być kolegami, szukają na siebie „haków” i żyją w permanentnej niezgodzie. Atmosfera zagęszcza się. Wspólnie spędzany czas przestaje być przyjemny. Nawet taki człowiek jak ja, który stoi z boku i obserwuje te utarczki ma po jakimś czasie dosyć. Do niektórych kolegów wzrasta niechęć i eskaluje do takich rozmiarów, że człowiek ma chęć uciec od tego jak najdalej. I właśnie w tym krótkim wstępie wyjaśniłem motywację mojego pierwszego wyjazdu do Argentyny na polowanie. Wszystko zaczęło się szybko, można powiedzieć bardzo szybko. Już na krótko po Walnym Zgromadzeni zrozumiałem, że coś nie gra i koledzy, którzy byli mi bliscy okazali się wichrzycielami i zarzewiem niezgody w Kole. Coraz częściej patrzyłem im na ręce i coraz częściej nabierałem dystansu. Miałem dosyć kontaktów i wspólnie spędzanych chwil. Chciałem uciec jak najdalej. Myślałem o poznaniu nowych ludzi z pasją tak silną jak moja.  Był to okres planowania mojego wyjazdu do Namibii. Przy okazji jakiejś rozmowy telefonicznej na ten temat, którą prowadziłem z Michałem z Katowic pojawił się temat Argentyny. Powiedział mi wtedy, jak pamiętam, że jest jedno miejsce wolne i mogę skorzystać. Bez namysłu powiedziałem „Tak”. Potem dopiero rozmawialiśmy o kosztach, terminach, wizach i innych szczegółach. Michał w tych wyjazdach ma spore doświadczenie. W końcu prowadzi biuro polowań. Wielokrotnie wyjeżdżał. Ma rewelacyjne rekomendacje od myśliwych, którzy z nim byli ale również od Andrzeja, preparatora z Bytomia. Ten znowu ma dobry ogląd sytuacji po trofeach jakie do niego trafiają. Uznałem Andrzeja za autorytet przy wyborze operatora moich polowań zagranicznych. Potem zresztą mój dobry wybór potwierdził się. Bardzo szybko dostałem od Michała e-mailem materiały wprowadzające mnie w temat. Do wyjazdu było trochę ponad dwa miesiące. Byłem w doskonałym nastroju. Już nie myślałem o stosunkach między-koleżeńskich w naszym Kole, a całą sferę moich rozmyślań wypełniał przyszły wyjazd do Argentyny. Pragnąłem strzelić pumę. Sztandarowe trofeum w Południowej Ameryce. Głównie to właśnie ten kot zaprzątał mi głowę. Pragnienie pozyskania drapieżnika doprowadzało mnie do kontrolowanego obłędu. Zaraz po nowym roku zaczęły się moje przygotowania do wyjazdu. Już bardzo rzadko jeździłem na „zbiorówki”. Sam nie wiem dlaczego? Pewnie chciałem odpocząć od wiecznie kuszących do kłótni gęb. Zgromadziłem trochę literatury o Argentynie, przede wszystkim o faunie, o geografii i roślinności i kulturze. Takie szkolne przypomnienie rozszerzone o biologię zwierząt łownych. Chyba wtedy po raz pierwszy zetknąłem się z „piszącym Cejrowskim”. W każdym razie było co robić i na pewno dawało mi to więcej satysfakcji niż „bigos myśliwski” w Kole.

Zakupy to na pewno wstęp do ekspedycji, bo człowiek musi być właściwie odziany i przygotowany na każdą sytuację pogodową. Buty, miały być długie, lekkie i przewiewne. Wybór mój padł na wojskowe buty armii USA tz. pustynna burza. Takie właśnie zakupiłem w sklepie z demobilem, ale kompletnie nowe i pół numeru większe na skarpetkę wełnianą. Dzisiaj mogę powiedzieć, że zdały doskonale egzamin w trudnych warunkach Pampy. Miła dziewczyna, sprzedawca w M.K. Szuster o  imieniu Kasia namówiła mnie na zakup zestawu safari firmy „Laksen”.  Na zestaw składała się koszula, spodnie i kamizelka z wieloma kieszeniami i specjalnym zgrubieniem na prawy obojczyk. Taki ochraniacz odrzutu po strzale. Kapelusz, Kasia dostarczyła mi później bo nie miała w sklepie mojego rozmiaru. Jego pionowa część ponad rondem była wykonana z usztywnionej siateczki. Przewiewny a jednocześnie chronił twarz i kark przed słońcem. Kupiłem jeszcze kilka par skarpet, przeznaczonych na tropikalne ekspedycje. Sprawa skarpet jest ważna i zasługuje na to aby ją trochę szerzej omówić. Jeżeli w planach mamy polowanie z tz. „podchodu” to należy się liczyć, że będziemy dużo chodzili. Gdy przyjdzie nam przemaszerować kilka lub kilkanaście kilometrów, to nawet najbardziej wygodne obuwie da nam się we znaki. Współczesne technologie umożliwiają produkcję specjalnych włókien , z których później wytwarzane są skarpety o wyjątkowych właściwościach, dedykowane do długiej marszruty w tropikach. Po pierwsze to taki produkt jest przez poważne laboratoria testowany i gwarantuje nam jego producent, że nasze stopy nie będą odparzone. Drugim walorem jest sprężystość włókien i specjalny sposób ich ułożenia względem siebie, tak że skarpeta zapobiega tworzeniu się wszelkiego rodzaju odcisków i obtarć. Trzeci walor to wentylowanie i odprowadzanie wilgoci tylko w jedną stronę. Mówiąc kolokwialnie nowoczesne skarpety przeznaczone na wyprawy to technologia dwudziestego pierwszego wieku. I jeśli komuś zależy na jego stopach to gorąco polecam takie produkty. Dostępne są we wszystkich sklepach sportowych i myśliwskich. Powoli kompletowałem ekwipunek. Na moje rzeczy przeznaczyłem dwie walizki z włókien węglowych. Bardzo lekkie i jednocześnie wytrzymałe. Sztywność gwarantowała nienaruszalność moich ubrań i innych przedmiotów, np. kosmetyków. Należy pamiętać, że w bagażu podręcznym wolno przewozić płyny i inne substancje chemiczne w opakowaniach do pięćdziesięciu mililitrów. Wszystkie szampony, kremy przeciwsłoneczne i pasta do zębów itp. należy zapakować w bagaż zasadniczy. I ja właśnie tak uczyniłem. Bagaż zasadniczy zawierał garderobę, obuwie i kosmetyki oraz nóż i scyzoryk. W bagaż podręczny zabrałem kamery foto i filmową, optykę do sztucera i to co mi się już do głównej walizki nie pomieściło. Sztucer z dwoma lufami 7 Rem.Mag. i 375 HH Mag były w osobnej walizce, przystosowanej do transportu broni, z zamkiem szyfrowym. Amunicji zabrałem po paczce każdego kalibru czyli w sumie czterdzieści sztuk. Zapakowałem ją w osobny pojemnik. Nadszedł upragniony dzień wyjazdu. Był to początek marca. Pogoda w Warszawie smutna. Powiem otwarcie – ohydna. Padał zimny, zacinający deszcz i wiało jakby ktoś się powiesił. Mokry asfalt, brudne samochody i drzewa bez liści. Bardzo brzydka jest Warszawa zimą. Tej zimy szczególnie. Mnie zaś paradoksalnie rozpierała energia. Bardzo się cieszyłem, że poznam nowych kolegów, bo grupa do Argentyny składała się z pięciu myśliwych i Michała- organizatora. Trochę miałem tremę, czy przypadniemy sobie do gustu, czy nie będzie sztywno. Miałem różne obiekcje, ale ogólnie byłem zadowolony. Cieszyło mnie to, że zostawiam tu w Polsce coś co mi doskwierało ostatnimi czasy. Złą atmosferę w moim macierzystym kole łowieckim. Garstka kolegów robiła wszystko, aby kłócić innych, tworzyć konflikty, poniżać kolegów, wyśmiewać i szydzić. Sami natomiast uważali się za rycerzy łowiectwa, wzory etyczne i ekspertów od wszystkiego. Krótko mówiąc „kupa wariatów”. I tak miałem do tego stosowny dystans, ale było mi przykro, ze niektórym jest źle i cierpią z powodu wygłupów tej garsteczki. Miałem tego wszystkiego tak bardzo dosyć, że chciałem jakiś czas odpocząć od tego. Tym bardziej chętnie zostawiałem smutną i szarą, mokrą Warszawę i niektórych kolegów. Z resztą kumpli postanowiłem mieć kontakt, przynajmniej telefoniczny. Domniemywałem, że tylko w nielicznych miejscach będę miał zasięg telefonii komórkowej, ale postanowiłem dzwonić i dzielić się wieściami z przyjaciółmi.

 

Podróż

 

Na lotnisko zawiózł mnie kolega z pacy służbowym samochodem. Z grupą, która przyjechała z Katowic dwie godziny wcześniej spotkałem się w restauracji w hali odlotów.  Włodek i Tosiek to starzy kumple, Artur, facet zahartowany w wyjazdach safari i na Wschód, Jerzy znany producent, jeszcze bardziej znanej wódki, polował niczym „na akord” zawsze i wszędzie i na wszystko. Michał nasz organizator i przewodnik, no i moja skromna osoba niewielkiego wzrostu. Wszystkim chłopakom sympatycznie patrzyło z gęby. Integracja rozpoczęła się natychmiast, a w parę chwil potem pierwsze symptomy koleżeństwa. Już przy odprawie broni pomagaliśmy sobie nawzajem przy foliowaniu naszych bagaży i pojemników z bronią. Widać było bardzo wyraźnie troskę o drugiego kolegę. To takie piękne w łowiectwie. Po chwili, po odprawie paszportowej, gdy byliśmy już bez broni, pierwszy wspólny browarek. Po wielu napięciach pierwsze prawdziwe rozluźnienie. Przecież każdy był ciekawy z kim leci. Nikt się nie znał wcześniej tylko Tosiek z Włodkiem. Każdy miał własne wizje wyjazdu i indywidualne marzenia. Michał opowiadał mi telefonicznie, że zdarzały mu się grupy, które były niewypałem. Nie ma nic gorszego jak kłócący się uczestnicy egzotycznego polowania za „ciężkie pieniądze”. W moim przypadku byłoby to z deszczu pod rynnę. Nic nie wskazywało jednak na to. Wszyscy byli nastawieni pozytywnie. Zanim dolecieliśmy do Frankfurtu to czułem jakbym znał ich całe lata. Atmosfera i relacje opierały się na luzie i dowcipie co powodowało przyspieszanie naszej integracji. Miałem dowody i mogłem być uważnym obserwatorem rodzącego się koleżeństwa. I wcale nie przychodziło ono w bólach i mękach z pomocą innych osób. Przychodziło spontanicznie, z uśmiechem na twarzy, dobrym dowcipem. Myślę, że od pierwszego wejrzenia każdy z nas miał szacunek do drugiego i  zaufanie. Uśmiech był tylko dodatkiem, taką kropką nad „i”. Narodziny koleżeństwa to piękna rzecz. Każdemu życzę, aby mógł być tego świadkiem. Dzisiaj z pespektywy czasu myślę sobie, że każdy z nas miał swoją klasę, nie oczekiwał żadnych korzyści  w przyszłości lub jakiś wspólnych interesów.  W Polsce jeszcze pokutują te konkursy znajomości i protekcji. W naszej grupie nikt o tym nigdy nie mówił. Obce było też uczucie zazdrości. Może to też miało znaczenie?

We Frankfurcie musieliśmy zaczekać na samolot Brazylijskich Linii Lotniczych, który miał nas dostarczyć do San Paulo. Czekaliśmy około trzech godzin, więc starym piastowskim zwyczajem udaliśmy się w miejsce gdzie można konsumować alkohol. Nawet chyba coś było na ząb. Przez Ocean lecieliśmy całą noc. Samolot był prawie pusty, więc wszyscy mieliśmy pierwszą klasę i każdy miejsce leżące w poprzek foteli. Obudziliśmy się wszyscy w jednej chwili tuż przed lądowaniem. W San Paulo był ranek. Słońce wschodziło na nieboskłon. Przez ono samolotu widać było geometryczny porządek urbanistyczny miasta. Znaczy to, że ulice dzieliły miasto na kwadraty i prostokąty w które były wpisane domy. Sporo zieleni w różnych odcieniach. Przedmieścia rozlegle i zielone. Chyba stosunkowo bogate, bo widać było dużą ilość basenów przydomowych. Niestety my nie mieliśmy możliwości zwiedzenia miasta bo było to miejsce tranzytowe dla naszej grupy. Bardzo szybko dostaliśmy się do drugiego samolotu również Brazylijskich Linii Lotniczych, którym polecieliśmy do Buenos Aires, stolicy Argentyny. Lot nie wydawał się długi choć trwał chyba ze trzy godziny. Na miejscu odprawiliśmy bagaże no i najważniejsze: broń i amunicję. Wszystko doleciało w najlepszym porządku. W hali przylotów czekał na nas rezydent. Tu podzieliliśmy się na dwie grupy. Jedna pojechała samochodem na rancho La Colorada. W tej grupie znaleźli się Tosiek i Włodek oraz Michał. Ja wraz z Jerzym i Arturem udaliśmy się na małe lotnisko sportowe na drugim końcu Buenos. Po krótkim czasie, potrzebnym na sprawdzenie i zatankowanie awionetki wystartowaliśmy w lot do środkowej Patagonii czyli na samo południe La Pampa. Przed nami około dwóch tysięcy kilometrów co oznacza kilka godzin lotu i śródlądowanie celem tankowania. Lecieliśmy bardzo długo. Warunki w awionetce mało komfortowe a biorąc pod uwagę, że w kabinie były nasze bagaże, to do siedzenia miejsca było mało. Ciężka podróż i trochę stresująca. Gdy znaleźliśmy się nad kompletnie płaskim terenem Patagonii, niezamieszkałym i bezludnym i gdy boczne wiatry zaczęły rzucać samolocikiem na wszystkie strony, to muszę się przyznać, że miałem stracha. Zasychało mi w gardle i dotkliwie czułem przełykaną ślinę. Ręce mi drżały i koszula lepiła się do spoconych pleców. Momentami opadały mi powieki bo zbliżała się już chyba trzydziesta godzina mojej podróży. Z okien awionetki widziałem morze monotonnego  terenu zwanego Pampą. Jest to coś na podobieństwo afrykańskiej sawanny. Rosną tu wysokie trawy w kilku lub nawet kilkunastu gatunkach, krzewy cierniste i niskopienne akacje. Wyjątkowo rzadko można spotkać duże kilkumetrowe drzewa z rozłożystą koroną i grubym pniem. Na tym płaskim terenie wody prawie nie widać. Może gdzie niegdzie małe oczko stworzone przez przyrodę po ostatnich opadach. Lecąc na wysokości tysiąca metrów miałem widoczność około trzech kilometrów w jedną stronę i trzech w drugą i muszę powiedzieć, że w trakcie całej trasy spotkaliśmy tylko dwa domostwa, dwie farmy. Żadnych dróg, kolei, cywilizacji tylko dziewicza Pampa. To dobrze wróżyło. Lecąc uważnie obserwowałem teren pod nami, myśląc, że może dojrzę jakieś stworzenie, jakieś dzikie zwierze. Nic z tego. Nawet w pewnym momencie Artur zażartował sobie: „-No co Andrew widziałeś już pumę?” Udałem, że patrzę z nudów ukrywając fakt, że właśnie jej wypatrywałem. Właściwie to powinno się mówić nie Pampa a La Pampa gdyż w tym konkretnym miejscu był to stan Argentyny o takiej właśnie nazwie ze stolicą Santa Rosa. Pampa zaś jest to kraina geograficzna, którą charakteryzuje nizinne położenie i umiarkowany klimat. Są tu ziemie żyzne, rzeczne mady i czarnoziemy. Idealne miejsca dla rolnictwa, którego niestety z okna samolotu nie widziałem.

 

Puma

 

Wylądowaliśmy przy farmie na lotnisku wykonanym z utwardzonego gruntu. Nasz pilot nie należał do asów przestworzy, bo podchodził do lądowania kilka razy. Naprawdę nie było nam do śmiechu. Ja odniosłem wrażenie, że facet robi to po raz pierwszy. Jakoś się udało, ale już myślałem o żonie wdowie i dzieciach sierotach. Służba zabrała nasze bagaże do pokoju gościnnego na rancho a my udaliśmy się tam spacerkiem. Dochodziła piąta po południu. W jadalni na stole czekała na nas kolacja a właściwie późny obiad. Zaczęliśmy konsumpcję. Przez długą podróż brakowało nam normalnej świeżej strawy. Gospodyni podała do obiadu wspaniałe, domowe, argentyńskie wino. Pomimo, że młode to wyjątkowe w swym smaku. Przełykając czuło się smak dobrze dojrzałych a może przejrzałych winogron z posmakiem nie znanych mi do tego momentu ziół. Ów bukiet smaków i aromatów pochodzących dla mnie z końca świata robił doskonale wrażenie, bo wiedziałem, że wino jest młode i za kilka miesięcy przemieni się w ocet tak jak młodość zmienia się w starość. Dzisiaj można się nim delektować niczym pięknym kwiatem w pełni rozwiniętym czy młodą piękną kobietą. A potem już tylko koniec. Gdybym był malarzem impresjonistą, to na pewno namalowałbym  ten smak wiedząc, że przeminie jak impresja, że jest tylko w chwili nalewania z dzbana. Tak to wino podane nam zostało w glinianym dzbanie.

Gdy pojedliśmy i wypiliśmy po dwa lub trzy kieliszki wspomnianego wina, poczułem prawdziwe zmęczenie i senność. Potrzebowałem odpoczynku a mój organizm coraz nachalniej się go domagał. Ociężały poszedłem do swojego pokoju, który dzieliłem z Arturem i w „opakowaniu” rzuciłem się na koję.

Nie wiem czy drzemka trwała trzydzieści minut czy krócej? Do naszego pokoju zapukał Luis Bertone, czyli nasz opiekun w Argentynie, pilot awionetki i właściciel La Colorada w jednej osobie. Był to młody bardzo przystojny facet w wieku około trzydziestu lat z ogromną pasją łowiecką i wspaniałymi sukcesami na płaszczyźnie polowań komercyjnych. Zawsze uśmiechnięty i wesoły. Uroku dodawała mu jego śliczna narzeczona pochodząca z Dominikany. Dziewczyna była zjawiskowa o niezwyklej urodzie. Wydawało się, że stworzyli ją graficy komputerowi przy użyciu najodleglejszych miejsc swojej wyobraźni a potem czarodziej sprowadził ją z plakatu na Ziemię i wskrzesił w niej życie. Piękno samo w sobie i ten subtelny głos i delikatny uśmiech. Poruszała się jak baletnica nie dotykając powietrza. Jednocześnie miała w sobie coś szelmowskiego, coś co imponowało. Może to jej garderoba robiła ten efekt? Dziewczyna nosiła ciuchy w typie safari. Koszula miała spory dekolt a pod nią nic, bo temperatura wysoka. I tak te dwa piękne obiekty przylegające mocno do koszuli zachwycały nas wszystkich. Nosiła zielone szorty i długie buty typu kozaki z klamerkami. Całość była doskonała. O Boże chyba się zagalopowałem i wracam szybko do meritum.

Zapukał Luis do naszych drzwi i na odpowiedz „wlaz” był uprzejmy nas nawiedzić. Oznajmił nam, że koniec lenistwa i jedziemy na wieczorne wyjście na pumę. „-Za dziesięć minut na dole, przygotowani do wyjazdu” powiedział. „-Ok.” odparliśmy jak na komendę. W jadalni spotkaliśmy Jerzego. Wszyscy niezbyt chętni do wyjścia bo za nami trzydzieści godzin podróży z Polski. Specjalnie nie było gadania. Luis oznajmił nam, że będziemy polowali na dwa sposoby. Dwóch myśliwych na jednym pic-upie jeden strzela prawą stronę drugi lewą stronę. Pomocnicy wspomagają myśliwych lampą o wielkiej mocy. U nas nie do pomyślenia taka metoda a tu norma. Trzeci z nas miał iść na zasiadką na ambonę. Wszyscy wiedzieliśmy, że ambona jest najlepsza i największe prawdopodobieństwo strzelenia pumy. Artur zaproponował losowanie. No i kto wygrał? No kto? Oczywiście, że ja. Zawieźli mnie i mojego opiekuna takiego młodego gaucho, którego imienia nie pamiętam. Był bardzo cichy i miał genialny wzrok. Tak zwany „Sokole Oko”. Przy wodopoju została zainstalowana zanęta to jest ćwiartka antylopy. Udaliśmy się na ambonę. Była ona zrobiona z profili stalowych i obita solidnie płytą OSB a zewnątrz blachą. Mogłem sobie tylko wyobrazić dlaczego? Drabina na ambonę wykonana została z prętów a każdy szczebel dodatkowo miał na sobie obrotową nakładkę z rurki. Za pierwszym razem trochę to było dziwne jak przy wchodzeniu na ambonę szczeble obracały mi się w rękach. To po to, żeby tam się nie wdrapał kotek. Puma nazwana została „Lwem Ameryki” z uwagi na swoją „łowność” i  umiejętność prowadzenia polowania. Trzeba się jej bać bo samiec potrafi ważyć i sto kilo.

Siedzieliśmy na ambonie bardzo długo. Zastała nas noc. Na niebie pojawiło się kilka milionów gwiazd, lecz nie było księżyca. Ciemno jak cholera, pomimo tych gwiazd. Ja już nic nie widzę w lornetce. Mój gaucho co kilka minut wyciąga halogen i świeci. Coś tam w oddali przelatuje, ale za ciemno jak na moje europejskie oczy. Gaucho nie mówi po angielsku, ja nie znam hiszpańskiego więc używamy do rozmowy rąk i paru słów zwanych „internacjonałami”. Krzesło na którym siedzę już tak mocno doskwiera mojemu tyłkowi, że nie mogę już usiedzieć. Na nęcisku puchy. Wiercę się i już naprawdę czuję zmęczenie. Wiem, że siedzimy bez sensu, tracimy czas. Zastanawiam się czy nawet jakby przyszła puma to czy bym się odważył strzelać w takich ciemnościach „egipskich”. Coraz częściej myślę o łóżku i natrysku, mniej o kocie. Wreszcie tracę cierpliwość. Trącam mojego gaucho w ramię i wymownym gestem pokazuję mu że muszę się odlać. Odstawiłem sztucer w róg i biorę za drzwi ambony. Na to gaucho pokazuje mi że sprawdzi wcześniej lampą czy teren bezpieczny. Wychylił łeb i nagle cofnął się jak wystrzelony z procy. Pokazuje mi że jest od ambony pięćdziesiąt metrów puma i konsumuje królika. Przynajmniej tyle zrozumiałem, bo wydusi z siebie słowa: puma, lunch, rabbit, fifty metre. Potem pokazał niczym mim z ogromną precyzją i pieczołowitością swoich ruchów, że się wychyli, zaświeci  lampę i będzie nią szperał. Ja w tym czasie mam być w „składzie” i  podążać celownikiem za światłem. Jak ruch szperacza ustanie, to znaczy się, że jest kocur i mam go strzelać. Jak powiedział tak uczyniliśmy. Szybko przestawiłem powiększenie lunety na „4” , włączyłem czerwony punkt i dałem znak, że jestem gotowy. Szybko złapałem obraz w lunecie. Widziałem idealnie oświetlany teren. Okrąg kreślony na trawie przez snop światła przemieszczał się powoli aż w pewnym momencie stanął. Po środku okręgu zobaczyłem leżące do mnie tyłem cielsko kota pałaszującego coś ze smakiem. W krótkiej chwili puma odwróciła w naszą stronę łeb a refleksy jej ślepi zaświeciły na rubinowo. W tym momencie oddałem strzał na kark zwierzęcia. Zaznaczyła podrywając się w skoku na metr w górę i natychmiast padła martwa. Chciałem biec do trofeum napędzany euforią. Szybko zostałem ostudzony przez mojego opiekuna i wyobraźnię, której to na szczęście mi nie brakuje. Ranna puma może człowieka zgładzić jednym uderzeniem łapy. Tak odczekaliśmy stosowną chwilę co jakiś czas świecąc lampą na zdobycz. Po dwudziestu minutach gaucho wyciągnął zza spodni nóż z głownią długą na dwadzieścia centymetrów i powoli udał się w kierunku drapieżnika. Szedł jak Apacz lekko pochylony do przodu z wyciągniętą ręką, która zakończona była ostrzem noża. Nachylił się nad pumą, trącił ją kilka razy nogą, potem pociągnął za ogon i gdy był pewny, że nie żyje zawołał mnie z uprzejmością: „- Siniore, come on !” Pozbierałem zabawki i zlazłem z ambony już napełniony dumą i zadowoleniem. Gaucho rzucił mi się na szyję i począł mi gratulować. Mówił , że to samiec, duży, piękny okaz i zloty medal. Tyle przynajmniej rozumiałem z jego wypowiedzi. Zachwyt wydawał mi się też szczery. Puma była wielka, naprawdę wielka. Myślę że musiała mieć grubo ponad osiemdziesiąt kilo. Napawałem się widokiem mojej zdobyczy. Idealny strzał, bez tropienia postrzałka, padła w ogniu i taka wielka, właściwie taki wielki, bo to samiec. Były przy nim resztki jego kolacji. Nie do końca był to zając. W Argentynie żyją takie zwierzątka, dwa razy większe od zająca i to właśnie była kolacja drapieżnika. Naszą przynętę zignorował. Jeszcze godzinę czekaliśmy na transport. Po mimo mojego zmęczenia było mi przyjemnie. Nad głową wisiał prawie czarny dywan nieba z milionami gwiazd, które świeciły z różną mocą. Powietrze było rześkie a temperatura nieco spadła ale i tak było ciepło, koniec tutejszego lata. Co parę chwil wstawałem i latarką oświetlałem kota, przyglądałem się łapom, pazurom, kłom. Głaskałem go po sukni. Moje marzenie się spełniło i to pierwszego dnia. Ale jestem szczęściarzem. Najpierw wylosowałem ambonę, potem ten samiec. Fart i to duży. W duszy dziękowałem Świętemu Hubertowi a sobie w tym samym czasie zadawałem pytanie: Co ja tu będę robił dwa tygodnie? Nie wiedziałem wtedy ile przygód jeszcze mnie czeka i przyjemności.

Przyjechał po nas Pic-up. Chłopaki zapakowali moje trofeum na pakę i ruszyliśmy na rancho. Tam już czekali na nas pracownicy rancho aby oskórować pumę i zakonserwować części trofealne, czyli skórę z łapami i pazurami oraz czaszkę. Zdążyłem jeszcze sobie zrobić kilka zdjęć. Młodzi gaucho powiesili tuszę za nogi na drzewie a Artur fotografował mnie. Na razie to moja jedyna pamiątka. Chcę uprzedzić kolegów o fakcie, czy procederze, który stosują tamtejsze łowiska. Z uwagi na dużą klientelę pozwalają strzelać pumy na które jeszcze nie mają licencji. Znaczy to, ze puma trofeum trafi do nas za dwa lub trzy lata jak dojdzie nasza kolejka w licencjach. Niestety nie miłe jest to, że dowiadujemy się o tym fakcie dopiero w kraju. Nie jest to wina w żadnym razie organizatora bo on też dowiaduje się o tym bardzo późno i chłop ma problem jak ma o tym nam powiedzieć. Miejscowi rezydenci łgają i to jest u nich norma. Ja pokornie czekam aż do mnie powróci mój kocur. Inne trofea przychodzą na czas to znaczy do pół roku.

Po sesji wypiliśmy dwie butle wcześniej wspomnianego wina. Były toasty w trakcie których przyjmowałem gratulacje. Ale byłem spełniony. Dumny i usatysfakcjonowany. Dobry dzień- pomyślałem. Gdy emocje nasze trochę ostygły udaliśmy się do naszych sypialni. Zapadłem w bardzo głęboki sen już chyba w trakcie gdy kładłem głowę n poduszkę. We śnie przeżywałem jeszcze kilkakrotnie polowanie na pumę. Nawet jedna faza to było polowanie i walka z kotem wręcz. Ja uzbrojony w nóż gaucho a ona w pazury ostre jak brzytwa. Tak, zawsze to powtarzam, że każdy facet pozostaje w jakiejś części chłopcem. Jeśli nie na jawie to chociaż w swoich marzeniach sennych.

 Obudziliśmy się bardzo rano. Szybka toaleta i poszliśmy na śniadanie, które już oczekiwało na nas. Do stołu zasiadła cala rodzina farmerów i my. Podano różne specjały, wędliny własnej roboty, pieczone mięsa, pieczywo prosto z pieca. Posiliłem się obficie i sam nie wiem dlaczego ale poczułem senność. Widać zmęczenie podróżą i emocje po pozyskaniu pumy, to wszystko rozkładało mnie. Postanowiłem odpocząć. Rozpocząłem relaks kładąc się wygodnie łóżku. Moi współtowarzysze wyjechali na poranne wyjście z celem dopadnięcia jeszcze jednego kocura. Nie było ich z pięć godzin. Ja w tym czasie trochę się zdrzemnąłem, wymoczyłem się pod natryskiem, wysuszyłem swoje długie włosy i odziałem czyste ubranie i świeżą bieliznę. Wyczyściłem buty i broń.  Siedziałem na tarasie i oczekiwałem na kolegów. Pogoda była wspaniała. Ponieważ było już południe to słońce świeciło intensywnie a temperatura rosła. Wiał lekki bardzo przyjemny wiaterek, który chłodził moje ciało. Czułem się doskonale. Siedziałem wygodnie w fotelu wyściełanym miękkimi poduchami. Gospodarze przyrządzili mi yerba mate , którą popijałem przez rurkę, co chwilę uzupełniając napar wrzątkiem z termosu. Popalałem swoją ulubioną Cochibę i wiedziałem jak wygląda relaks na pampie. Zanim wrócili Jerzy i Artur to na rancho przygalopowali dwaj gaucho. Ci argentyńscy cowboy’e są doskonałymi jeźdźcami. Chociaż ich dosiad jest prosty i wygląda na nieco sztywny to wspaniale manewrują koniem i wszystko to robią w galopie. Z ogromną przyjemnością patrzyłem na nich jak pomykali na swoich wierzchowcach stanowiąc z nim jakąś magiczną jedność -koń i jeździec. Te, których dosiadali były przepięknej urody, chyba rasy angielskiej bo były duże, zgrabne o błyszczącej sierści, pięknych rozwianych grzywach i długich ogonach. Poruszały się niezwykle dostojnie. Sprawiały wrażenie trenowanych do cyrku czy na końską rewię. Uprząż i siodło w nieco tandetnym stylu, ozdobione medalikami i łańcuszkami. Później dopiero zrozumiałem, że jest to tradycja gaucho i w Argentynie tego typu zdobnictwo to jest norma. Jeźdźcy  też intrygowali swoim wyglądem. Cera ich wysmagana południowym wiatrem była śniada ale zdrowa i jędrna. Włosy kruczoczarne. Na twarzach kilkudniowy zarost, który wcale nie raził bo w Europie taki jest od kilkunastu lat w modzie. Głowy przykryte dużym typowo baskijskim beretem z wełnianego, kaszmirowego filcu z „antenką”. Koszule ze stójką z popeliny, bardzo solidne w prążki lub gładkie. Szerokie kroje z obszernymi rękawami, chyba po to, żeby nie krępowały ruchów. Na szyi zawiązana apaszka z delikatnej tkaniny, może jedwabiu, we wzory. Spodnie czarne z wysokim stanem a u dołu wąskie, ze ściągaczem, coś w rodzaju pump. Bez kantów z porządnego materiału typu gabardyna. Półbuty lekkie i miękkie ze skóry w kolorze czarnym, sznurowane z wyglądu staroświeckie. Spodnie związane skórzanym paskiem z klamrą ozdobną grawerunkiem. Wszystkie elementy ozdobne z metalu posiadały mniejszy lub większy relief.  Za pasem z tylu długi nóż a z przodu krótki. Gauczo doskonale władają nożem. Potrafią obronić się nim przed drapieżnikiem, a nawet doganiają konno swą dziką zdobycz np. barana i zakuwają go jednym kuciem nie schodząc  z konia. Czarna kamizelka, taka typowa jak do eleganckiego garnituru nadaje każdemu gauczo powagi i dostojeństwa. Chodzą dumni z głową podniesioną do góry a ich ruchy są majestatyczne. Zdecydowanie mają jakąś swoją własną odrębność kulturową, czują ją i to poczucie z nich emanuje. Jako ludzie są serdeczni, bardzo otwarci. Jest to chyba syndrom pustelnika. W podobny sposób, pamiętam, zachowywali się Finowie na bardzo dalekiej północy, gdzie sąsiada widywali raz na rok. Ci również serdecznie traktowali gościa. Jednak człowiek w głębokiej podświadomości jest zwierzęciem stadnym i towarzystwo jest mu potrzebne.

W kilkanaście minut po gaucho przyjechali moi koledzy z łowów. Nawet nie zdążyli usiąść jak Luis oznajmił, że za dwadzieścia minut odlatujemy do następnego łowiska. Trzeba było się szybko spakować i wystawić bagaże do jadalni skąd służba miała je przenieść do samolotu. Byliśmy na tej farmie niecałą dobę a pożegnanie z jej mieszkańcami było takie czułe i szczere jak znalibyśmy się od pokoleń. Może coś w tym jest? Żona właściciela rancha, miła dziewczyna w sile wieku, przy kolacji opowiadała mi, że jej babcia pochodziła z Polski. Nawet znała kilka słów. Oczywiście literackich, bo nasi podprowadzacze z następnego rancha La Colorada, przez naszych poprzedników, wyszkoleni zostali tak dobrze, że momentami czułem się jak w Polsce. Znali wszystkie słowa u nas nazywane potocznie „łaciną” i trafnie ich używali.

 

La Colorada

 

Po chwili siedzieliśmy już w awionetce. Bez większych ceregieli wystartowaliśmy. Trochę rzucało i maszyna nie mogła znaleźć stabilizacji poziomej. Gdy osiągnęliśmy wysokość przelotową to dopiero zaczęła się „polka”. Dzień był wietrzny. Nadciągały od strony Chile fronty atmosferyczne. Był koniec lata a właściwie początek jesieni. Awionetka w powietrzu zachowywała się jak listek na wietrze. Każdy podmuch, czy większy, czy mniejszy, targał samolotem utrudniając Luisowi pilotowanie. Czułem się jak w wesołym miasteczku na diabelskim młynie a czasami na karuzeli łańcuchowej. Poznałem chorobę lokomocyjną, choć w moim przypadku miała lekki przebieg, bez wymiotów. Dostałem mdłości i straciłem apetyt do końca dnia. Była to ogromna strata, gdyż w „La Colorada”  kuchnia była znakomita. Na nasz pobyt Luis przywiózł ze swojego hotelu w Santa Rosa szefa kuchni. Ten nam dogadzał kilka razy dziennie, pieszcząc nasze podniebienia.

Po kilku godzinach dramatycznego lotu i iście desperackim lądowaniu znaleźliśmy się w „La Colorada”. Tu powitali nas nasi opiekunowie czyli przydzieleni nam myśliwi zawodowi, zaraz potem spotkaliśmy Tośka i Włodka. W niewielką chwilę potem zostaliśmy zakwaterowani w pięknych i komfortowych bungalowach. Każdy z nas miał swój oddzielny pokój z łazienką i toaletą. Pojedynczy bungalow posiadał dwie sypialnie i salon z kominkiem, kompletem wypoczynkowym, TV, mini barem uzupełnianym codziennie. Krótko mówiąc bosko. Warunki na najwyższym poziomie. „La Colorada” jest bardzo ceniona w rankingach publikowanych przez Światową Organizację Safari. Zapewniam, że właściciel i pracownicy na tę wysoką ocenę zasługują w stu procentach. Tak jak wspomniałem wcześniej tego dnia podróż awionetką wykończyła mnie i musiałem regenerować siły w pozycji horyzontalnej. Już nawet zrezygnowałem z kolacji. Wypiłem parę filiżanek gorącej herbaty i starałem się zasnąć. Jednak w mojej głowie karuzela myśli nie pozwalała na to. Myślałem o pumie i o tym co jeszcze mnie tu czeka? Nie w takim stanie nie da się spać. Poczułem się trochę lepiej i pomaszerowałem do jadalni, żeby trochę poprzebywać z chłopakami. Było wesoło i sympatycznie, zresztą jak zawsze. Każdy z nich inny, ale wszyscy razem fajni i rozrywkowi. Wieczory nasze były istnym kabaretem. Tysiące kawałów, setki skeczy, no i opowieści łowieckie o polowaniach, różnych zabawnych sytuacjach i przypadkach. Po paru kieliszkach dobrego argentyńskiego wina humor był lepszy i śmiech głośniejszy. Samopoczucie budowała doskonała kuchnia. Chyba nie mam w Polsce porównania, bo każdy dzień, każdy posiłek był inny i składał się z kilku lub kilkunastu dań tak wytwornych w smaku i podanych z niespotykaną gracją . Rzucało to nas wszystkich na kolana. Szef był mistrzem. Brazylijczyk z pochodzenia, świeży żonkoś i tata. Talent miał w rękach. To on głównie był sprawcą moich osobistych trzech kilogramów, które przywiozłem z Argentyny do Polski i jeszcze się ich nie pozbyłem.

Nazajutrz rano, zaraz po wspaniałym śniadaniu został mi przydzielony jako mój opiekun Charli. Taką miał ksywę, bo jego prawdziwe imię to Carlos.  Ustaliliśmy, że tego dnia polujemy na bawoła. Do mojego Blasera założyłem lufę w kalibrze 375 HH Magnum, do niej lunetę a magazyn wypełniłem patronami „pełny płaszcz”. Lornetka, sztucer, kapelusz i jestem gotowy do wyjazdu. Wyruszyliśmy z rancho. Za samochodem unosił się jeszcze długo wielki tuman kurzu. Ziemia jest tu bardzo sucha i pylasta. Rozglądam się dookoła i widzę „ocean” pampy. Teren nieco nierówny porośnięty trawami i różnej wielkości krzakami. Bardzo rzadko spotyka się tu drzewa o niskopiennej formie. Niebo błękitne z niewielkimi chmurkami o jasnym zabarwieniu, i wszystko to oświetlone południowym słońcem. Chce się żyć. Przyroda maluje niezwykle piękne pejzaże, a słońce podkreśla kształty i kolory. Powietrze jest przezroczyste i wyjątkowo rześkie. Dopiero na horyzoncie widać jak faluje poruszane temperaturą, która od rana cały czas rośnie. Charli zatrzymuje pic-upa. Bierze lornetkę i uważnie ogląda przez nią teren po lewej stronie auta. Pokazuje mi palcem. Widzę w oddali białe rogate zwierze pomiędzy krzakami i na pewno nie jest to bawół wodny. Jest oddalone od nas dwieście może trzysta metrów. ”-To tutejszy koziorożec” mówi Charli. „Andrew, czy chcesz go strzelić?” Bez wahania mówię „-Tak”. Może za szybka decyzja? Jeszcze obserwuję zwierza przez lornetkę. Ładny okaz i ma przepiękną, śnieżnobiałą suknię. Naprawdę ciekawy okaz. -O cholera, myślę sobie, przecież mam armatnie naboje w magazynku. Mówię o tym Charliemu, ale ten wymownie macha ręką co miało oznaczać, że nie ma to znaczenia. W rzeczywistości tusze strzelonej zwierzyny nie są używane do konsumpcji, chyba że jako zanęta dla drapieżników. Wyszliśmy z samochodu i pochyleni zaczęliśmy podchodzić. Teren nierówny i krzaki drapiące i kujące. Natychmiast nogawki moich spodni do kolan zostały oblepione tutejszymi rzepami. Mają one wielkość małego grochu i krótkie, twarde jak stal kolce z harpunowym końcem. Straszne cholerstwo. Nie daj Bóg wziąć do ręki takiego rzepa. Na zasadzie doświadczenia życiowego wbił mi się taki jeden w palec to pamiątkę miałem na pół roku. Ale do rzeczy. Podchodzimy koziorożca. Już mam go na osiemdziesiąt metrów, już się składam, ale nas zwietrzył i począł uciekać. „-Spoko” mówi Charli „-Zaraz go dopadniemy”. I nie mylił się, tylko nie powiedział, że to zaraz to będą dwie godziny i zrobimy kilka kilometrów na piechotę  w czterdziestostopniowym upale. Chyba go zmęczyliśmy, bo mam go na pięćdziesiąt metrów, stoi „na blat”. Najbliższe drzewo posłużyło mi za podpórkę. Złożyłem się i oddałem celny strzał na komorę. Zwierze zaznaczyło, lecz nie padło a ja zobaczyłem grzyb kurzu po kuli penetrującej ziemię. Na boku koziorożca, na śnieżnobiałej sukni jest czerwona plama. Strzelałem do „miękkiego” stworzenia pełnym płaszczem i kula przeleciała na wylot. Nie zastanawiając się zarepetowałem i strzeliłem raz jeszcze. Koziorożec położył się. Jeszcze gratulacje Charliego, parę fotek i trzeba trofeum zawieźć na rancho, żeby nie zmarnować skóry. Młody i wysportowany Charli, nieco podobny do Banderasa, ale z postury to do Herosa, wprawnym rzutem umieścił osiemdziesięciokilową tuszę koziorożca na pace samochodu. Pojechaliśmy do obozu. Obsługa rozładowała tuszę i rozpoczęto ją bielić a ja w tym czasie płukałem swoje zaschnięte gardło piwem lokalnym, dobrze zmrożonym. To był niezły patent na pragnienie, które wywołuje tropik, browar w temperaturze jeden, dwa stopnie. Wystarczało pół szklanki na zaspokojenie pragnienia a cała szklanka (tz. małe piwo) na kompletne nasycenie się napojem. Chwila odpoczynku i ruszyliśmy dalej na łowy. Objeździliśmy cały przypadający nam teren i spotykaliśmy tylko młode bawoły byki albo krowy. Pomimo zamkniętych okien to moje usta pełne były drobnego piasku, który zgrzytał mi między zębami. Wargi miałem zeschnięte a w kącikach ust sztywną skorupę z błota. Odzież też wykazywała symptomy nieświeżości  i zużycia. No i moje oczko w głowie, mój Blaser też wymagał pieszczot w postaci usunięcia kurzu, wyczyszczenia i naoliwienia. Wróciliśmy na rancho. Już zaraz po powrocie stałem pod prysznicem i zmywałem z siebie całe dzienne doświadczenie. Potem poddałem procesowi czyszczenia optykę i moją broń. O ósmej w świeżym ubraniu stawiłem się na stołówce. Stół był już pięknie nakryty. Jeszcze nie wszyscy koledzy siedzieli przy nim. Reszta dopiero się schodziła. Wszyscy byliśmy głodni, ale nie miało to wpływu na atmosferę. Doskonale się bawiliśmy. Antoni snuł swoje kresowe opowieści, które tak mocno nas wprowadzały w świat łowów, że kompletnie zapominaliśmy o bożym świecie i głodzie rzecz jasna. Przerwał to wszystko drastycznie „Szef” , który z kelnerką podawał pierwsze danie, drugi kieliszek wina, później drugie danie i czwarty kieliszek wina, piąte itd. Do deserów był wybór albo czternasty kieliszek wina albo szklaneczka whisky. Dokładnie pamiętam każdy tamtych wieczorów. Temperatura pomieszczenia była stosunkowo wysoka i po otwarciu okien robił się bardzo miły przewiew. Na zewnątrz panowała kompletna noc i nie widać było żadnych świateł po horyzont. Niebo natomiast rozświetlały miliony gwiazd. Argentyńskie niebo wyglądało zupełnie inaczej niż nasze polskie. Brak chmur powodował, że były widoczne gwiazdy bliskie i dalekie, wszystkie i dlatego widzieliśmy ich tak wiele naraz. Tak na oko to dziesięć razy więcej niż u nas. Widok ten kojarzył się z jakąś bajkową krainą. I to stanowiło pierwszy element całego klimatu wieczornych spotkań w La Colorada. Doskonale wystylizowane wnętrza na typowe myśliwskie rancho z trofeami z całego Świata, to ten drugi element. Dekoracje pomieszczeń, nastrojowe oświetlenie elektryczne, świece, meble i interesujące przedmioty, malarstwo, tkaniny, to wszystko robiło klimat sprzyjający naszemu pobytowi. Doskonała kuchnia i wykwintne alkohole koiły nasze ciała. Tak naprawdę fundamentem dobrego samopoczucia stała się nasza przyjaźń. Nigdy wcześniej nie widząc się potrafiliśmy stworzyć tak bardzo zgrany i bezkonfliktowy zespół. Nikomu nie przytrafił się konflikt, czy najdrobniejsza sprzeczka. Wyjeżdżając indywidualnie każdego dnia na polowanie, każdy z nas myślał już o wspólnym wieczorze i kolacji. Znakomita atmosfera czasami trzymała nas przy stole jeszcze długo po północy. Wspaniałe koleżeństwo myśliwych, to jest wielka wartość, którą się pamięta równie długo jak zdobycie medalowego trofeum. Często myślę o tym i dochodzę do wniosku, że moja wrażliwość na prawdziwe i czyste koleżeństwo powodowana jest jego głodem w Polsce. Czyste, to mam na myśli bezinteresowne, towarzyskie, gdzie nikt od nikogo niczego nie oczekuje, gdzie nikt od nikogo nie chce pożyczać kasy, gdzie się nie żąda poświęceń  i zależności. Nie zaznałem od żadnego z moich współtowarzyszy argentyńskich przygód niczego przykrego, najdrobniejszego gestu zawiści, czy chorej rywalizacji, zazdrości. Nie spotkałem się tu z niczym co jest w Polsce normą. I jeśli można mi zazdrościć tego wyjazdu, bo był kosztowny i zdobyłem niezwykle ciekawe trofea, to na pewno może mi zazdrościć przyjaźni i koleżeństwa z tymi chłopakami, którzy mi tu towarzyszyli. Tych wspaniałych kolacji, wieczorów, wspólnie spędzanego wolnego czasu. Byłbym niesprawiedliwy, gdybym nie wspomniał o Michale, organizatorze tej wyprawy. Miał ogromny wpływ na atmosferę, jaka tu panowała i naprawdę się starał. Robił wszystko abyśmy byli zadowoleni. Bóg mu zapłać za wszystko.

 

Bawół

 

Wyruszyliśmy z Charli’m o świcie. Dzień dopiero wstawał. Wszystko budziło się po nocnej przerwie. Trawy jeszcze trzymały na swej powierzchni kropelki rosy. Nad nimi unosiła się rzadka i niska mgiełka. Bezchmurne niebo intrygowało swoją czystością barw. Subtelnie rozprowadzało po swojej powierzchni żółć promieni porannego słońca. Po daleki horyzont obraz stał się stateczny niczym wyraźna pocztówkowa fotografia krajobrazowa. Zieleń układała się w swój przyrodniczy porządek barw i odcieni. Od żółtozielonego, poprzez seledyny, jasno i ciemno zielone barwy, przecinane brązem pni i gałęzi. Cienie koron drzew i krzewów zmieniały lekko kolor traw wokół nich, lecz trwało to kilka chwil, bo nieznośne słońce przedzierało się przez gałęzie i nie dawało przyrodzie upodobnić się do fotografii. Z widoków emanowało życie objawiające się w wietrze, który wszystkim poruszał, słońcu, które rozpoczęło swoją codzienną wędrówkę i jak szperacz oświetlało ciągle nowe fragmenty krajobrazu. No i fauna. Najpierw wstawały ptaki, pięknym śpiewem oznajmiając światu że tu jest ich dom. Równocześnie z nimi wstawały owady, które czasami stawały się natrętne nie tylko wobec przybyszów z Polski. W tym samym czasie drapieżniki, czyli pumy, dzikie koty, lisy szły spać. Nasze płuca wypełniało rześkie powietrze a temperatura panująca na pampie dochodziła do siedemnastu stopni Celsjusza. Warunki idealne. Poranna rosa jeszcze utrzymywała kurz, który o tej porze jeszcze nie był taki dokuczliwy. Powoli  na pastwiska ruszyły grube zwierzęta. Wysuwały się najpierw małymi grupkami, potem formując chmary i kierdle. Widzimy w oddali stada bawołów. Bawół jest zwierzęciem wybitnie stadnym. Krowy z cielętami zbijają się w jedno stado na końcu prowadzą młode byki a byki stare są samotnikami lub żyją w grupkach po dwie lub trzy sztuki. Stada krów są nieco liczniejsze , natomiast osobnicy płci męskiej tworzą grupy maksymalnie po kilka sztuk. Są to zwierzęta bardzo masywne o krępej budowie ciała. Wzrost ich w kłębie dochodzi do dwóch metrów a waga waha się pomiędzy sześćset kilogramów a tonę, tonę sto. Mają czarną skórę porośniętą bardzo rzadką sierścią o długim i sztywnym włosie. Łeb wielki zwieńczony karbowanymi rogami o przekroju trójkątnym. Poruszają się powoli i z daleka nie sprawiają wrażenia zwierząt niebezpiecznych. Po kilku krótkich opowieściach Charli’ego nabrałem dystansu do nich i odwagę, a na pewno brawurę schowałem głęboko do kieszeni. Są one bliskim krewnym bawoła afrykańskiego. Są nawet rejony w Afryce gdzie oba te gatunki żyją obok siebie. Bawół wodny jest nieco większy od afrykańskiego no i może zrobić większe „kuku”. Są roślinożercami i trawią prawie cały czas, co za tym idzie dosyć często zostawiają po sobie ślady. W zaroślach z krzaków i buszu łatwo jest je tropić po odchodach. Prosto jest ustalić czas kiedy przechodziły i jak duże osobniki. Wolałem strzelać bawoła „na otwartym” i blisko samochodu, tak żeby mieć możliwość ucieczki. Charli zarządził podchód. Podjechaliśmy samochodem najbliżej jak się da, czyli około sześciuset metrów, postawiliśmy go w krzakach i po cichu podkradamy się w kierunku stada. Doszliśmy na właściwą odległość. Trochę się denerwuję bo nie wiem co mam robić. Nigdy wcześniej nie polowałem na takie olbrzymy, nigdy z ziemi. Wokół mnie krzaki, nic nie jest w stanie mnie chronić. Bawół zraniony to szarżuje jak czołg , nic go nie powstrzyma. Jak jest stado to można je porównać z rozpędzoną lokomotywą. Na dodatek  były w środku konsumpcji swojego śniadania i w trakcie popasu nakładały się jeden na drugiego, co uniemożliwiało mi strzał. Najlepiej bawoła strzelać jako pojedynka, co oczywiście się zdarza, bo stare osobniki prowadzą samotniczy tryb życia.  Stary byk jest też wspaniałym trofeum, ale znajdź takiego. Trzeba mieć szczęście. Tym razem nie zdecydowałem się na strzał. To też jest duża umiejętność. Powstrzymać paluch przed pociągnięciem za spust jest świadectwem mentalnej dojrzałości myśliwego. Zresztą nie ma o czym gadać, zwierzęta „złapały wiatr” i poszły przerywając jedzenie. Pozostał po nich zapach ich  świeżych odchodów i trochę kurzu. Mój opiekun nie poddawał się. Wdrapał się na jakieś zeschnięte drzewo. Tamtego stada już nie było w zasięgu wzroku, ale dostrzegł  trzy inne byki bawoła wodnego. Też się pasły i specjalnie na nic nie zwracały uwagi, bo pozwoliły Charli,emu podjechać  samochodem na  dwieście metrów. Oczywiście jechaliśmy za krzakami, tak że na pewno nas nie mogły dostrzec, ale glos diesla na pewno był słyszalny. Miały to gdzieś a ja pozostałem zadowolony z warunków, czyli krzaki, drzewo jako podpórka i bliskie schronienie w postaci samochodu. Pomimo dużego celu strzał nie był łatwy i zdawałem sobie doskonale z tego sprawę. Kaliber 375 HH Magnum posiada duży ładunek i kula ma dużą średnicę no i to co najbardziej niemiłe to potężny „kop” za czym nikt nie przepada. W magazynie siedzą pełno płaszczowe patrony. Charli wyznaczył mi cel a ja jak ten głupek oddałem strzał do byka wskazanego przez niego, który okazał się najsłabszym z całej trójki. Bawół dostał na łopatkę, zaznaczył strzał, ale nie padł tylko rozpoczął swój ostatni taniec śmierci. Widać po jego zachowaniu celne trafienie. Na znak partnera oddałem następny strzał bardziej komorowy i to był ten śmiertelny. Byk przeszedł jeszcze osiemdziesiąt metrów i położył się w krzakach. Odczekaliśmy dobre pół godziny zanim udaliśmy się na miejsce postrzału. Po farbie natychmiast znaleźliśmy zdobycz. Dochodziliśmy go z ogromną ostrożnością. Gdy znaleźliśmy się w odległości dziesięciu  metrów, Charli poprosił abym strzelił raz jeszcze w kark. Zrobiłem to i wyraźnie widziałem jak bawół zaznaczył przyjęcie ostatniej kuli. Teraz już na pewno był martwy. Urządziliśmy sobie krótką sesję zdjęciową. Zależało mi na pamiątkach no i bardzo chciałem mieć taki fotoreportaż dla kolegów z koła w Polsce. Bawoły wodne zostały kiedyś udomowione. Było to wiele tysięcy lat temu. Do tego pomysłu ludzie powrócili w czasach współczesnych tworząc rasę tz. bawoła domowego( początek dwudziestego wieku). Prawdopodobnie spłonęło to na panewce, gdyż mięso takiego zwierza dla współczesnego człowieka jest niejadalne. Antoni jak strzelił swojego bawoła to zlecił obsłudze rancha, żeby wycieli z bawoła schab a potem uprosił Szefa co by przyrządził steki. Spełniono prośbę Tośka i wszyscy zostaliśmy degustatorami steku z bawoła wodnego. Mięso przypominało zelówkę. Było nie do zgryzienia a i smak daleki od rarytasu. Mając w zasięgu ręki wspaniałą słynną na cały świat wołowinę i rekordowo smaczne, grillowane  tradycyjne steki , mięso bawoła jest rzeczywiście odpadem.

Baran somalijski

 

Po raz pierwszy w tym łowisku, należącym do Luisa pojawiły się barany somalijskie. Są to zwierzęta rzadkie i urokliwe. Mają jasno-białą suknię i czarny łeb i szyję. Ich kuzyni z Afryki żyjący na Półwyspie somalijskim nie posiadają rogów, natomiast te argentyńskie mają ślimy podobne do naszego rodzimego muflona( niegdyś też sprowadzonego z Sycylii).  Rogi są  w kolorze czarnym i potrafią wykonać nawet potrójny skręt u osobników  wiekowych. Gatunek ten zamieszkuje pampę. Noce spędza w miejscach gęsto zarośniętych krzakami a w dzień pasie się na rozległych równinach, gdzie jest dużo karmy w postaci traw i innych roślin oraz woda. Zwierzęta te zostały sprowadzone do La Colorada po raz pierwszy i to tuż przed naszym przyjazdem. Nowością były również w Argentynie tak jak ponad sto lat temu muflon w Szwajcarii. Michał, zorientowany w rzeczy, oznajmił nam, że jeszcze żaden Polak nie strzelał barana somalijskiego. I miałem chyba szczęście. Jechałem z Charli’m poprzez bezdroża pampy i jego sokole oko dostrzegło pomiędzy krzakami barana somalijskiego. Aby nie płoszyć zwierzęcia, porzuciliśmy samochód p poczęliśmy podchodzić. Baran jak to baran pasł się i nie zwracał na nas uwagi. Jak znaleźliśmy się sto pięćdziesiąt metrów od celu, to zaczął się poruszać. Widocznie nas usłyszał albo złapał wiatr. Kręcił się jakby ugryzła go osa. Teren był płaski ale nie do końca równy. Korzystając z okazji, że zwierz jest tyłem do nas wskoczyliśmy do dołu czy bruzdy w ziemi i ukryliśmy się za pniem spalonego krzewu. Przygotowałem sobie stanowisko strzeleckie, wykonałem próbny skład i już trzymałem w krzyżu cel, czekając na odpowiedni  moment. Nie nadchodził on prędko. Powoli traciłem cierpliwość, ale i poziom adrenaliny spadał i wolniej biło moje serce. Wreszcie stanął mi na blat. Myślę sobie – teraz. Pozycja strzelecka w kucki nie należy do moich ulubionych więc zmieniłem ją na pozycję klęczącą i położyłem brzuch na nasypie ziemi. Teraz byłem stabilny. Wycelowałem, sprawdziłem światło lunety, jeszcze raz cel i oddałem strzał. Baran padł w ogniu a ja zostałem pierwszym Polakiem, który zdobył trofeum w postaci barana somalijskiego. Duża satysfakcja i przyjemność być pierwszym. Koledzy gratulowali, no i wieczorem była uroczystość.

Baran teksański

 

Tego dnia było wyjątkowo gorąco. Ranek jakoś się mi „rozlazł” i zjadłem późne śniadanie, zresztą jak wszyscy, bo poprzedni dzień skończył się nad ranem w wyjątkowo miłej atmosferze. Wolałem odczekać do popołudniowego wyjścia. Do lunchu wypiłem kilka kaw i chyba litr wody mineralnej z cytryną i chyba pomogło. Wczesny obiad pozwolił mojemu organizmowi zapomnieć dzień wczorajszy. Byłem gotowy do wzięcia broni do ręki. Z łowiska wrócił Charli i zaparkował pod moim bungalowem. Od rana jeździł po terenie i tropił. Słysząc warkot diesla, uchyliłem drzwi przez które wsadził głowę mój opiekun i mówi: „-Andrew, chodź szybko jedziemy do łowiska, wiem gdzie jest baran teksański, piękna sztuka”. Na tym trofeum zależało mi bardzo, gdyż cena odstrzału jest dosyć przystępna a można zauważyć duże podobieństwo do barana marco polo zamieszkującego Azję i trudno dostępnego i jednocześnie bardzo drogiego. Nie zastanawiając się wziąłem karabin, lornetkę i udaliśmy się pic-up’em do łowiska. Było późne popołudnie, choć do zmierzchu jeszcze mieliśmy ponad dwie godziny. Słońce zmieniło kolor z żółtego, złocistego w pomarańcz, który z każdą chwilą zmierzał do czerwieni. Planeta zostawiała za sobą smugę barw rozciągających się na horyzoncie. Ptactwo donośnie głosiło zbliżający się koniec dnia. Powietrze stało. Było duszno i gorąco. Na moich plecach pojawiły się krople potu lepiąc ciało z tkaniną koszuli. Cienkie stróżki potu spływały mi z czoła do oczu. Na pobliskim drzewie spoglądał na nas czatujący na swoją zdobycz sęp. Nie mogłem odmówić sobie zrobienia mu fotografii. Przez ostatnich kilka godzin trawy wyschły na „pieprz” Charli zatrzymał auto, wyskoczył i po chwili stal na pace i rozglądał się przykładając sobie dłoń do czoła na kształt daszka. Miał miękkie ruchy i wyglądał trochę jak Indianin. Zeskoczył i oznajmił, że obowiązuje od tego momentu cisza. Dwa barany są na łące i dostaniemy się do nich idąc przez wysokie trawy. Wydawało mi się to trochę niedorzeczne, bo po pierwsze trawy szeleściły, po drugie długi dystans do przejścia, po trzecie trzeba się poruszać „w kucki”. „- Trzeba być twardym a nie miękkim” mówię sobie. Przekładam karabin przez plecy i  idę za Charli’m. Ten co kilka chwil wystawia głowę ponad trawy na wyciągniętej szyi jak struś, sprawdzając położenie celu. Przemieszczając się źdźbła trawy kruszyły się i właziły mi wszędzie, do butów, pod spodnie i za koszulę. Później przyklejały się do mojego spoconego ciała. Czując smakowity kąsek obłaziły mnie mrówki, muchy i inne owady. Szedłem dalej czując się jak na chińskich torturach. Swędzenie i drapanie dekoncentrowały mnie. Co jakiś czas moja ręka stawała na ostrej gałęzi zadającej mi ból. Podobno nikt nie mówił, że łowiectwo to łatwy chleb. Czuję na spoconej twarzy warstwę brudu. Gdy obcieram pot mankietem rękawa, to wiem na pewno , że wyglądam jak górnik. Odczuwam ból mięśni, ale widzę, że wysokie trawy się kończ i zaczyna się łąka. Zawodowy myśliwy rozstawia trójnóg. Pasuje wysokość i płynnym ruchem ręki pokazuje mi : „- Do dzieła, drogi przyjacielu”. Ustawiłem broń na pastorale i oddałem strzał. Baran zaznaczył, zresztą wyraźnie było słychać przyjęcie kuli. Charli wychylił swoją kędzierzawą czuprynę ponad trawy i rzekł: „- Dobry strzał, Andrew”. Baran już leżał. Gdy podszedłem do niego zrobić sobie zwyczajowo kilka zdjęć zobaczyłem, że jego runo jest pełne argentyńskich ostów, których lepiej gołą ręką nie dotykać. Pomyślałem sobie o Andrzeju, preparatorze jaką będzie miał zabawę z usunięciem tego g…… Spieszyliśmy się z załadunkiem, bo słońce przybrało już kolor gasnącego żaru i nastawał zmierzch. Spadła również temperatura powietrza co moja mokra od potu odzież coraz bardziej dawała mi odczuć. Gdy dojechaliśmy na rancho, udałem się prosto pod prysznic. Stałem pod natryskiem dobre dwadzieścia minut, zmywając wszystko to co się do mnie przylepiło tego popołudnia. Potem poświęciłem jeszcze kilkanaście minut dla broni i optyki. Tam gdzie występują duże ilości pyłu kwarcowego, broń należy czyścić niemal po każdym wyjściu. Szczególnie należy pamiętać o zamku i innych częściach mechanicznych, gdzie pył ten może dotrzeć. Powinno się najpierw miękką szmatką usunąć drobny pył kwarcowy i piasek wraz ze smarem, następnie dobrze wyczyścić olejem do broni i ponownie nanieść warstwę smaru zabezpieczającego. Ja osadę jeszcze dodatkowo zabezpieczałem specjalnym teflonem „Wolff”. Optykę płukałem letnią bieżącą wodą a po wyschnięciu soczewki czyściłem ściereczką mikrofazową. Zdawało egzamin. Wykonując wyżej opisane czynności nie mogłem się doczekać spotkania z kolegami przy kolacji. Każdy z tych wieczorów zostanie na długo w mojej pamięci.

Owca czteroroga

 

To zwierze jest charakterystyczne dla Ameryki Południowej. Występuje tylko tu i nielicznie w Stanach Zjednoczonych. Jest to owca o bardzo ciekawym runie i czterech rogach, dwa skierowane do góry i są nieco większe i dwa krótsze skierowane w dół. Waży około pięćdziesięciu do sześćdziesięciu kilogramów i ma osiemdziesiąt do stu centymetrów w kłębie. Wygląd jak z nie tego Świata. Znawcy twierdzą, że jest to naturalna krzyżówka owcy domowej i muflona. Jak ją pierwszy raz zobaczyłem to też pomyślałem, że jest to jakiś dziwoląg i raczej wybryk natury a nie gatunek. W stanach podobno wyhodowano takiego czterorogowca drogą różnych krzyżówek też przy „użyciu” muflona. Tak więc owca wielodrogowa stanowi jedną z atrakcji polowania w Argentynie i każdy myśliwy, który tu przyjeżdża pragnie ją pozyskać. Owce nie są bardzo płochliwe i nie jest problem je podejść. Problem jest w znalezieniu odpowiednio ładnego trofeum. W przeciętnych łowiskach zajmuje to zwyczajowo kilka dni. A jeśli ktoś ma szczęście to tak jak ja strzeli przy okazji polowania na inne gatunki. To był ten moment kiedy już byłem zrelaksowany i nie odczuwałem żadnego „ciśnienia” , że muszę coś strzelić. Najważniejsze dla mnie trofea już miałem i cel tej dalekiej podróży osiągnąłem. Teraz jeździłem z Charli’m mając w pogotowiu i sztucer i foto kamerę. Zrobiłem przez te kilka dni ponad dwieście fotografii. Uwieczniłem z okna samochodu i bawoły i lamy i daniele. Miałem spotkanie z przepięknymi jeleniami bykami, które nałożyły złoto medalowe wieńce. Sfotografowałem krajobrazy i przyrodę. Starałem się w moich obrazach pokazać klimat i pogodę pampy. Przyjąłem zasadę wielu zdjęć. Nie jestem w fotografii zawodowcem więc „klepię” setki zdjęć a po powrocie do domu wybieram z tego trzydzieści procent, resztę „puszczam z dymem” i z tych trzydziestu procent kilkanaście fotek to naprawdę zawodowstwo. Zdradzam swoją tajemnicę dlatego, bo wiem , że tak robi niejeden z moich kumpli. Tego dnia jeździliśmy głównie robić fotki i nagle Charli zdębiał. Popatrzył w bok i energicznym ruchem sięgnął po lornetkę. Długo przez nią patrzył. Tu w łowiskach wszyscy zawodowi myśliwi maja lornetki na specjalnych gumowych szelkach. Normalnie sprzęt przylega do ciała i nie przeszkadza w komunikacji. Rozciągając gumę bez problemu można używać lornetki. Nie chwaląc się też jestem posiadaczem takiej uprzęży. Dostałem ją kiedyś od Grześka z ul. Ptasiej. Widząc co robi mój podprowadzający począłem również obserwację. Rzeczywiście w oddali pasły się cztery owce, te argentyńskie dziwolągi. Podjechaliśmy stosunkowo blisko. Bez problemów podeszliśmy stado na sto, może sto dwadzieścia metrów. Złożyłem się do strzału opierając sztucer na trójnogu, wycelowałem i strzeliłem, trafiając owcę na komorę. Padła w ogniu pisząc jeszcze tylną cewką testament. Użyłem mojego ulubionego kalibry 7 Rem. Mag. Większość strzelanych tu zwierząt , właściwie wszystkie zostawały w ogniu. Doskonały kaliber, polecam wszystkim wymagającym. Gdy doszliśmy tuszę to oczywiście sesja pamiątkowych fotografii.  Potem to już tylko jazda do bazy.

Wieczorem zebraliśmy się jak co dzień w naszej stołówce. Każdy zdał relację ze swojego dnia w łowisku. Kto miał trochę fantazji, to ubarwiając swe opowiadanie, czynił je ciekawszym i bardziej emocjonującym. Potem przechodziliśmy do starszych zdarzeń. Czas biegł szybko i nikt się nie nudził. Żal było się rozstawać i siedzieliśmy tak często do późnej nocy. Gwiazdy wtedy wchodziły nam przez okna, przynosząc upragniony chłód. Przewiew przynoszący nam świeże i rześkie powietrze z łąk pozwalał na doskonałe samopoczucie oraz na pewno wpływało ono dodatnio na późniejszy sen. A sen był potrzebny każdemu z nas.

 

Blackbock

 

Nie mam pojęcia skąd się wzięła ta nazwa ale tak nazywa się w Argentynie małą antylopę, jedyną jaka tu żyje i naprawdę niezwyklej urody. Suknię ma trzykolorową i krótką sierść. Piękne, stosunkowo wysokie rogi spiralnie skręcone i stojące pionowo. Jest wielkości dużej, europejskiej sarny. Waga do dwudziestu pięciu kilogramów. Zachowuje się podobnie do antylop afrykańskich, czyli jest bardzo płochliwa. Ma genialny słuch, wzrok oraz węch. Z moich doświadczeń w podchodzeniu tej antylopy mogę stwierdzić, że najlepiej rozwiniętym u niej zmysłem jest wzrok. Najmniejszy ruch powodował ucieczkę stada. Również zaobserwowałem, że antylopa po porannym obfitym popasie robi sobie południowe leżakowanie, wygrzewając się w pełnym słońcu gdzieś na łąkach. Jeśli leży w wysokich trawach to jest niewidoczna, ale jeśli odpoczywa na piaszczystych ugorach, których też jest sporo na pampie, to można ją zlokalizować i stosunkowo najłatwiej podejść. Warunek jest, że podchodząc mamy za czym się schować i być niewidocznym dla blackbocka. Można ryzykować daleki strzał, co jest tutaj dozwolone. Oczywiście strzela się tylko do zwierzęcia stojącego.

To było wyjątkowo gorące popołudnie . Żar lał się z nieba. W zasadzie to Europejczyk w taki dzień winien siedzieć w domu, w klimatyzowanym pomieszczeniu i popijać dobrze schłodzone piwko. A my z Charli’m , który nie jest Europejczykiem i chyba dlatego wybraliśmy się na trudne polowanie na blackbocka. Stosownie do upału miałem na sobie szorty safari i koszulę z cienkiej popeliny z podwiniętymi wysoko rękawami i podpiętymi na patkę. Oczywiście z tego wszystkiego trafiłem z butami, bo były wysokie i miałem długie grube skarpety. Mój opiekun zaciągnął mnie w najtrudniejszy rejon łowiska. Wcześniej wytropił antylopy i teraz jechaliśmy na pewniaka. Gdy je dostrzegł, odstawił samochód i ruszyliśmy piechotą w stronę stada. Szliśmy zaroślami z ciernistych krzewów. Każdy krzak miał niemiłosiernie ostre i długie kolce. Krzewy atakowały nimi moje ciało, a dla mnie była to istna droga krzyżowa gdyż każdy krok to nowe ukucie i nowa rana. Zaciskałem zęby z bólu i szedłem dalej i dalej. Charli widział moje cierpienie bo trudno było ukryć grymas na mojej twarzy. Trochę począł mi pomagać odgarniając co większe gałęzie. On był lepiej przygotowany bo miał długie i grube spodnie i odpowiednią brezentową kurtkę. Powtarzałem sobie w duchu: „- Jestem twardzielem, jestem twardzielem, wytrzymam te wszystkie ciernie, muszę opanować ból”. Chyba się udało bo podeszliśmy antylopy na dwieście metrów. Byłem kompletnie mokry od potu. Strużki spływały mi z pleców, nóg, rąk prosto w rany po cierniach i powodowały szczypiące podrażnienia. Ból i zmęczenie zamroczyły na chwilę mój umysł. Przecież można odpocząć i podejść antylopy na bezpieczną odległość stu metrów. Przedstawiłem pomysł Charli,emu. Uśmiechnął się i rzekł, że to nie ma sensu ponieważ stado nas zobaczy i zwieje. „- Andrew. Odpocznij i będziesz strzelał stąd” rzekł rozkazującym tonem. Ok. Intensywnie stabilizowałem oddech i relaksowałem umysł a o bólu starałem się zapomnieć. Minęło piętnaście minut. W czasie mojego odpoczynku gaucho obserwował stado przez lornetkę. Właśnie zobaczyłem jego prawy kciuk uniesiony do góry, co znaczyło, że już czas. Rozstawił mi trójnóg. Złożyłem się na próbę ale cholera coś nie dobrze. Lata mi karabin góra – dół, Sam nie wiem czy ze zmęczenia czy z upału a może pozycja klęcząca na jednym kolanie nie jest dla mnie. Po sekundzie przywlekł jakiś gruby korzeń czy kawałek pnia, poszerzył rozstaw trójnogu i z wspomnianego pnia przygotował mi podpórkę pod prawy łokieć. „- O teraz to malina, mogę strzelać na pół kilometra”. Teraz już trzymam stado w obiektywie lunety. Są tam dwa osobniki o interesujących i wysokich rogach. Upatrzyłem sobie jednego, ale muszę czekać. Antylopa wstaje na krótką chwilę potem znowu się kładzie. To wstają dwie czy trzy i stają na zakładkę. Cholera mnie bierze po czas leci. Jestem już w tej strzeleckiej gotowości ponad pół godziny i nic. Trzeba być jednak cierpliwym i to bardzo. Trzeba również panować nad nerwami i drobnymi niedogodnościami. Wtedy na pewno przyjdzie nagroda tak jak do mnie. Wreszcie moja upatrzona sztuka stanęła mi na strzał. Ustawiła się pięknie na blat, wyprężyła całe ciało i podniosła łeb do góry. Wokół niej pusto. Idealny moment ale i trema nie puszcza bo antylopa mała a dystans ponad dwieście metrów. Mocno oparłem się łokciem o korzeń, jedno kolan zaparłem w ziemię a stopą drugiej nogi zrobiłem stabilną przeciwwagę. Karabin ustawiłem na pastorale i osadę mocno przycisnąłem do ramienia. Stworzyłem monument :ja, statyw i karabin. Wycelowałem, odczekałem aż zwierze stanie nieruchomo, wstrzymałem oddech i strzeliłem. Antylopa położyła się w ogniu. Po chwili znaleźliśmy się przy tuszy. Piękny okaz, chyba strzeliłem najładniejszego blackbocka na La Colorada. Byłem dumny i zadowolenie nie opuściło mnie już do wieczora. Już od tego momentu czułem się spełniony. Strzeliłem wszystko co było możliwe nawet pumę. Czego więcej chcieć, mam pełną satysfakcję z pobytu. Teraz tylko czekać na gratulacje kolegów w Polsce. Jerzy powiedział takie przysłowie, które mnie bardzo rozbawiło, a zatem: „Gratulacje od kolegi myśliwego są grzecznościową i łagodną formą wyrażenia zazdrości”. Coś w tym jest, choć nie dotyczy to na pewno wszystkich.

 

San Carlos de Bariloche

 

Pewnego upojnego wieczoru, gdy byliśmy wszyscy po wyśmienitej kolacji i argentyńskie wino wspomagało nasze procesy trawienne, rozpoczęła się dyskusja na temat łowieckich dokonań w trakcie tego wyjazdu. Ja byłem całkowicie spełniony i już nie miałem planów na dalsze pozyskanie gatunków. Polowanie na ptaki mnie nie interesowało. Tu ma ono wymiar hurtowniczy i strzela się do wszystkiego np. papug, dzięciołów itp. W ofercie było jeszcze polowanie na kapibary, ale to też mi wydawało się mało atrakcyjne. Kapibara jest największym gryzoniem zamieszkującym nasz glob. Waży do pięćdziesięciu kilogramów i jest długa na sto do stu trzydziestu centymetrów, w kłębie około osiemdziesięciu. No normalnie „wielki szczur”. Polowanie na gryzonie z karabinem wydawało mi się mało poważne. Co innego Michał, ten polował z łukiem. Odmówiłem obydwu „atrakcji”. Tego wieczoru odwiedził nas właściciel rancho Luis  z narzeczoną. Już nie pamiętam od kogo, ale padło pytanie o atrakcje w Argentynie, ciekawe miejsca. Zaraz pojawiła się na stole bilardowym mapa kraju i Luis pokazywał paluchem te ciekawe miejsca, warte odwiedzenia. Największe zainteresowanie wykazywał Artur. „- To dobrze” pomyślałem sobie „-Bardzo dobrze, będę miał kompana” Deklaracja wyjazdu w Andy nastąpiła błyskawicznie. Już po pół godzinie mieliśmy zorganizowany transport samochodowy w Andy, rezerwację biletów do Buenos. Wszystko po prostu perfekt. Wczesnym rankiem po śniadaniu zapakowaliśmy się do osobowego auta bez klimatyzacji i ruszyliśmy w szesnastogodzinną podróż . Celem był kurort nad górskimi jeziorami San Carlos de Bariloche. W Argentynie jest mało dróg, jeszcze mniej asfaltowych a dobrych prawie nie ma. Podziwialiśmy z okna samochodu krajobraz. Rozległą zielono-żółtą pampę, maleńkie osady w których wyrostki grali w „nogę”, farmy z tysiącami sztuk bydła pasącego się na ogromnych przestrzeniach, niewielkie miasta i częste kontrole policyjno- sanitarne. Kraj piękny, wielki ale i biedny. Ubóstwo wyraźnie można było spotkać na prowincjach, wsiach. W dużych miastach i stolicy był przeciętny poziom europejski.

Jak dojechaliśmy do celu to jeszcze dobra godzinę szukaliśmy wolnego pokoju hotelowego. Znaleźliśmy chyba najdroższy w tym mieście aż za całe sto dolców doba, ze śniadaniem. Zmęczeni podróżą szybko poszliśmy spać, ale już przy śniadaniu poczęliśmy knuć plany na zwiedzanie. Nie obyło się bez wypożyczenia samochodu. Nie był to Jeep, tylko coś w średniej klasie miejskiej marki GM. Nie zamierzaliśmy jeździć po terenie i ta oferta zupełnie nam wystarczała, a i cena była niewielka. Odwiedziliśmy jeszcze kilka miejscowych biur turystycznych, gdzie przeprowadziliśmy wywiad, potem ustaliliśmy marszrutę na całe trzy dni i w drogę.

Wszystkie posiłki jedliśmy w restauracjach. Zawsze w innej, gdyż Artur miał wielką potrzebę poznawania nowych miejsc, nowych smaków i klimatów. Chętnie mu towarzyszyłem, bo sam również czerpałem z tego przyjemność. Znaliśmy się krótko ale zawiązała się między nami nić przyjaźni a na pewno koleżeństwa. Spontanicznie bywaliśmy zgodni we wszystkich planach, pomysłach i sposobach na spędzanie czasu czy zwiedzanie. Ja jestem smakoszem i on również. Tak wymiana opinii na temat jedzenia, kuchni w poszczególnych restauracjach bywała twórcza. Muszę szczerze przyznać, że Argentyna jest jednym z tych miejsc na świecie, gdzie jest tradycja kuchni. Można tu nawet wyodrębnić hasło do encyklopedii kulinarnej „kuchnia argentyńska”. Coś wspaniałego i niepowtarzalnego. Oczywiście na pierwszym miejscu należy wymienić słynne na cały świat steki. W zależności od miejsca porcja zaczynała się od czterystu gram do ośmiuset. Ogromna porcja wolowego mięsa, wspaniale grillowanego, naprawdę nie do przejedzenia. Biorąc pod uwagę dodatki i przystawki to posiłki powalały z nóg swoją objętością. Zaskakiwały największych żarłoków. Muszę tu wspomnieć o prawdziwie niebywałym smaku mięsa. Sam nie wiem czego to zasługa, czy gatunku wołowiny, czy marynaty, czy sposobu grillowania, a może wszystkiego razem. Za posiłki w restauracjach płaciliśmy relatywnie niewiele. Dla przykładu za kolację na dwie osoby ze stekami wielkimi jak łapa Pudziana, przystawkami, sałatkami i winem zapłaciliśmy niecałe czterdzieści dolarów z tipem. Rozkosz dla podniebienia. W Argentynie wszędzie było smacznie. Przez cały pobyt nie zdarzyło mi się trafić na słabe jedzenie. No i wina, nawet te tanie były ciekawe i wyrafinowane. Czasami z Arturem braliśmy butelczynę „reserve” i celebrowaliśmy każdy łyk. Kelner wcześniej zamówione wino przelał do specjalnej karafki i z niej napełniał nasze kieliszki. Chyba z naszych twarzy emanował zachwyt nad interesującym smakiem bo właściciel restauracji następną butelkę postawił nam gratis. Doceniając szlachetny smak wina zrobiliśmy wielką radość restauratorowi i pięknie się nam zrewanżował. Jest to jeden z licznych dowodów na to, że Argentyńczycy są narodem szczerym, przyjaznym i bardzo otwartym. Za codzienną uprzejmość, życzliwość i rzetelne katolickie wychowanie dają się lubić.

Przez dwa dni zrobiliśmy po Andach osiemset kilometrów wypożyczonym samochodem. Głownie podziwialiśmy piękno gór i krajobrazów. Skały, które tworzą góry są geologicznie stare a czas i warunki atmosferyczne postrzępiły nadając im przedziwne kształty, tworząc naturalne rzeźby. Wspaniałe dzieło przyrody. Jedne przypominały zamczysko średniowieczne na szczycie góry, inne stare prehistoryczne zwierzęta a jeszcze inne ramie zakończone pięścią. Czasami pojawiały się wodospady i w pianie wody opowiadały jakąś historię. Typowo górska roślinność urozmaicała krajobraz zasłonięty skalami. Słońce, które tutaj szalało, niczym obrotowa lampa w dyskotece, wprowadzało niesforną motorykę obrazu tworząc efekt kalejdoskopu. Drogi i domostwa, gauczowie, konie, cywilizacja  byli tu jak na starych fotografiach sprzed stu lat. Nawet ubrania, kapelusze napotykanych tu ludzi trącały myszką. Dziewiczy kraj, który nas zachwycał i pobudzał wyobraźnię wykuwając niebezpieczne i nierealne myśli. Chciałoby się tu zostać na rok, dwa trzy. Niestety to w naszym przypadku nierealne. Ale jeśli ktoś chce uciec od przyjaciół, rachunków ,telefonów to niech nie wsiada do pociągu byle jakiego tylko niech przyjedzie w Andy. Zjeździliśmy parki narodowe, gdzie przyroda zostawiona jest sobie. Nie ingeruje tu człowiek. Wszystko samo rośnie, rozmnaża się i umiera a szczątki trupa przyrody są podwaliną, nawozem czy pokarmem dla nowych generacji. Nie reguluje się tu strumieni, rzek, jezior. A człowiek może tylko patrzeć i zachwycać się tym co utracił bezpowrotnie. Artur i ja, wielcy miłośnicy przyrody oglądaliśmy to z podziwem i nostalgią. Potrafiliśmy docenić wartość tego wielkiego pomnika przyrody a co za tym idzie czuliśmy mocno przemijanie i upadek równowagi ekosystemu światowego. Trochę to nas  nastrajało melancholijnie i prowokowało do przemyśleń. Dużo rozmawialiśmy i sam nie wiem jakim cudem często wchodziliśmy w sferę poważnej dyskusji. Artur okazał się wspaniałym kompanem i partnerem nie tylko polowania ale i turystyki, przygody , dalekiej podróży. Posiada wiele pozytywnych cech, które są pomocne w koegzystencji w grupie. Życzę wszystkim kolegom znajomym i nieznajomym aby nad takimi cechami pracowali i jeśli ich nie mają to niech je jak najszybciej adaptują. Uzdrowiłoby to sytuację w Kołach Łowieckich a i pewnie w całym Związku. Otóż jedną z podstawowych wartości Artura to wysoka kultura osobista, druga równie ważna to tolerancja, trzecią która stwierdziłem to uczciwość a następnie to koleżeństwo, przyjaźń, wrażliwość na piękno, poczucie estetyki. Cechy te generowały w swojej konsekwencji inne pozytywne, o których nie będę pisał. Puentując, niech każdy z was trafi na takiego partnera do polowaczki jak Artur, a będziecie wspominali pobyt bardzo długo. Arturze, i tak nie jestem w stanie wszystkiego oddać słowami, ale jeśli kiedyś przeczytasz moje opowiadania to wiedz, że dziękuję Ci.

 

Buenos Aires

 

Po pobycie w górach, samolotem przylecieliśmy do Buenos o dzień wcześniej niż cała grupa. Zaczęliśmy od zwiedzania miasta i fotografii. Zarówno w moim jak i Artura zamyśle było zrobienie zdjęć reporterskich, oddających pewną rzeczywistość miasta. Jednocześnie powstawały też foty pamiątkowe, pozowane. Mieliśmy przewodnika i kierowcę mówiącego jedynie po hiszpańsku i ani w ząb po angielsku. Komunikacja, werbalna rzecz jasna była trudna jak rebus. Nigdy nie mieliśmy pewności czy dobrze nas rozumie. Chyba szybko się do tego przyzwyczailiśmy. Choć do dzisiaj wspominam sobie jak tłumaczyliśmy mu , ze chcemy zobaczyć stare miasto i to nam nie wyszło. Zawiózł nas w jakieś slumsy. Łaził za nami jak ochroniarz, stał i czekał przed knajpami, również przed hotelem coś na wzór Gina z Lampy Alladyna. Przy okazji był trochę tępy ale usłużny i uprzejmy.

Buenos jest miastem wspaniałym. Czuje się tam klimat, który tworzył historię Ameryki i Świata. Gdy stanąłem naprzeciw bramy wejściowej do Pałacu Prezydenckiego, unosząc lekko głowę do góry, ujrzałem balkon z rudego kamienia, w wyobraźni spostrzegłem Eve Peron, przemawiającą do tłumów. Poczułem wrzawę jej zwolenników, ten gorący klimat, wielkość miłości i związku jaki może stworzyć para prezydencka z narodem. Znając smutne zakończenie tej historii, łza zakręciła mi się w oku. I właśnie takich miejsc w Buenos jest wiele. Oczywiście były w programie restauracje. Gwoździem naszego pobytu miało stać się nocne „Tango Show”. Zrobiliśmy za pośrednictwem hotelu rezerwację stolika i wieczorem o dziesiątej wybraliśmy się do lokalu. Można dyskutować o poziomie, ale było to doświadczenie nowego klimatu. Program przygotowany został multimedialnie. Oznacza to, że muzyka była żywa, taniec przygotowany przez doskonałego choreografa i wykonywany przez profesjonalnych tancerzy. Widowisko wspomagane było starymi filmami pokazującymi tango argentyńskie. Filmy wyświetlano na specjalnych ruchomych ekranach, sterowanych przez operatora. Na filmach zobaczyliśmy narodziny tanga i jego mistrzów na przestrzeni ponad stu lat. Tancerze na scenie wykonali swój program z mocno podkreśloną manierą tanga argentyńskiego. Znaczy to, ze typowe figury i triki zostały przejaskrawione tworząc nieco komiczne widowisko. Ale warto było bo wszystko razem, czyli wnętrze restauracji, zastawa, stroje kelnerów, taniec, muzyka, jedzenie, wino, posadzka, to umożliwiło nam podróż w przeszłość i też zostanie w naszej pamięci. Następnego dnia dotarli do nas Jerzy, Tosiek, Włodek i Michał niebosko zmęczeni. Jechali całą noc samochodem w ścisku i niewygodzie. Musieli trochę się przespać. Twardziele, bo za dwie godziny wyglądali jak nowi i wspólnie ruszyliśmy na zwiedzanie Buenos. Tego dnia wieczorem wyruszyliśmy w drogę powrotna do domu.

 

Andrzej Niewiadomski
 
Biały myśliwy - Wspomnienia o Eustachym Sapieha

Biały myśliwy

Wspomnienia o Eustachym Sapieha

 

Z łzą w oku przeczytałem artykół w południowoafrykańskim periodyku “African Outfitter” (pismo dla myśliwych i miłośników safari) z marca 2010 roku p.t. “Biały Myśliwy”. Pismo to jest niezwykle renomowane i należy do dwóch najlepszych o tej tematyce w całej Afryce, a i jego prenumeratorów znajdziecie w Ameryce, Europie i Azji. Kosztuje 8,50$ i jest dwumiesięcznikiem.

Tytuł artykulu brzmi :“Bialy Myśliwy“ a nad tytuł „Część Pierwsza“ co sugeruje, że będzie to jakiś cykl artykółów o naszym Rodaku. Bardzo miłe.

Pod artykułem nikt się nie podpisał, ale sam fakt rozpoczęcia artykółów wspominkowych jest dla mnie wielka inspiracją aby Państwu pokazać co o nas piszą i co myśla w Afryce. Przytoczyli również fragment wspomnień Księcia, co i ja za ich pośrednictwem z największą przyjemnością czynię.

 

Otóż gazeta pisze:

Polski książę, polityk, arystokrata, dyplomata, inżynier, oficer Wojska Polskiego, więzień wojenny, myśliwy i operator safari – to są wspomnienia człowieka o wielu twarzach. Urodzony w polskiej arystokratycznej rodzinie, jego dom został spalony w 1939 roku, spędził 6 lat w więzieniu po wojnie.( To już chyba nie do końca prawda, bo księcia objęła stalinowska amnestia w 1941 roku i wyjechał na Bliski Wschód. Choć wszyscy się zgodzą, że dwa lata w gułagu to więcej niż sześć w każdej innej niewoli. I jeszcze cztery latka w niemieckim oflagu. Potem  udał się do Kenni, gdzie spędzil wiele lat na emigracji).   Stach poślubił Didi krótko po wojnie i opuścił Europe, aby osiedlić się w Kenii. Bez zadnych formalnych kwalifikacji ani doświadczenia był zmuszony żyć ze swojego spryu i uroku, co czynił do końca zycia. Stach był bardzo dumny z swoich korzeni, dziedzictwa i kiedy jego siła fizyczna opadła, zaczął opisywać historie swoją i swojej rodziny. Ta książka robi koło i wraca do tego co pozostało po jego rodzinnym domu w Polsce.

 

A tak o sobie wspominał Książę Eustachy Sapieha na łamach południowo-afrykańskiego periodyku:

 

Już w latach pięćdziesiątych moje obiecujące ekspedycje sięgały głebiej i głebiej oraz roznosiły się coraz większym echem wśród znajomych. Masa ludzi zaczęła naciskać, abym zabrał ich na moje wycieczki. Musze przyznać, że nie byłem zbyt szczęśliwy z tego powiodu, jako że mogli być dla mnie uciążliwi, poza tym jest to duża odpowiedzialność. Często chodziłem nieuzbrojony, bez odpowiedniego sprzętu. Musiałbym dla nich zmienić wszystkie moje przyzwyczajenia. Prawie wszyscy  z tych ludzi zainteresowani byli także polowaniem podczas tych wycieczek, ale prawo kenijskie nie pozwala na odstrzał bez pozwolenie/licencji. Licencja wydana być musiała przez profesjonalną firmę. Licencja taka w owym czasie zwana była , a właściwie jej właściciel „biały myśliwy” ( po odzyskaniu niepodległości nazwa zmieniła się na „profesjonalny myśliwy” PH).

Wyrobiłem sobie taką licencje na wszelki wypadek, co przyszło mi z łatwością, gdyż byłem znany w Departamencie Polowań przez dobre parę lat. Oczywiście na początku otrzymałem jedynie „ograniczoną licencję”, która pozwalała jedynie na prowadzenie wycieczki na polowanie na bawoła spośród wszystkich zwierząt wielkiej piątki. Nie przeszkadzało mi to zupełnie, ponieważ miałem możliwość odbywania jedynie pięciodniowych ekspedycji, a polowanie na wielką piątkę wymagało licencji/pozwolenia na cały tydzień, co oznaczałoby, ze byłbym na safari przez całe pięć tygodni. Dopiero po paru dobrych latach kiedy więcej ludzi chciało polować, dostałem wreszcie pełna profesjonalną licencję.

Moje pierwsze lata polowań z ograniczoną licencją z tytułem „biały myśliwy” to były moje lata nauki. Ja nigdy nie przeszedłem przez twardą szkołę nauki sztuki strzelania ze starszymi myśliwymi. Cała moja strzelecka mądrość opierała się na moich europejskich przeszłych polowaniach i moich wyprawach z Katimba w busz, gdzie ustrzeliłem kilka słoni, bawoła, trochę antylop i dość dużo ptaków. Dzieki moim podróżom bez broni przez ostatnie lata nauczyłem się jak unikać zwierząt wielkiej piątki, co w rezultacie nauczyło mnie także jak je znaleźć.

Teraz zdobyłem także trochę doświadczenia w krótkich polowaniach na łowiskach (farm game control). Mieliśmy przyjaciela Iana Napiera, który musiał ogrodzić swoje 20000 akrowe ranczo niedaleko Nanyuki na północy kraju, gdzie raczej niepłodna ziemia mogła wyżywić jedynie jedną sztukę bydła na 10 akrów, nie licząc zebr, których było ok. 3000 i jedzących dwa razy więcej trawy niż jego bydło. Musiał postawić ogrodzenie tak, by bydło było w środku a zebry na zewnątrz, co powodowało pewne trudności.

Moja umowa z Ianem polegała na tym, ze on zapewni mi i moim dwóm, trzem kompanom nocleg, pranie itp. a ja zatrzymuję skóry czarnych zebr (bezwartościowe).

Ta umowa była dla mnie idealna, bo mogłem zabierać ze sobą Didi, której nigdy nie moglem brać na wcześniejsze ekspedycje. Pracowała z nami jako kierowca, kiedy opuszczałem Katimbę z moimi towarzyszami, aby skórować zebry. Praca była cięzka, bo po kilku miesiącach strzelania zebry stały się tak ostrożne i wyczulone, ze musiałem strzelać do nich w pełnym galopie z 200-300 jardów. Oczywiście farmerzy mieli specjalne pozwolenia na tego typu akcje na ranczach i do tego typu odstrzału Departament Polowań zatrudnił specjalnych kontrolerów, którzy dokonywali odstrzału profesjonalnie, nie tylko na zebrach, ale i słoniach, nosorożcach i lwach.

Wstawaliśmy dobrze przed wschodem słońca na polowanie, kiedy było jeszcze chłodno; w dzień temperatury były zawsze powyżej 30 stopni a suche krzaki nie dają zbyt dużo cienia. Kiedy byliśmy wystarczająco blisko wyskakiwałem z samochodu i strzelałem tak szybko jak tylko potrafiłem. Po miesiącu udało mi się uzyskać bardzo dobrą efektywność w tej sztuce, ale na początku moje chybienia kosztowały mnie dużo amunicji i ran. W zasadzie jeździłem za każda z tych, której ustrzelenie zajmowało dużo czasu i łapał mnie południowy upał. Wracaliśmy na wpół żywi o zachodzie a Ian witał nas zimna whisky z przepyszna kolacją.

Ian grodził swój teren z niezwykła szybkością a ja musiałem trzymać zebry na zewnątrz podczas tego procesu. To wychodziło, kiedy tam byłem, ale jeśli została nawet mała nieogrodzona przestrzeń, zebry zawsze znalazły sposób, żeby się tam w nocy znaleźć, a my musieliśmy wszystko zaczynać od początku z rana. Pomimo tych utrudnień wszystko się udało,  ja ustrzeliłem 312 zebr w tym czasie. Obliczyliśmy, ze utrzymaliśmy ok. 200 zebr na zewnątrz ogrodzenia, z których wszystkie musiałyby być zastrzelone, gdyby zostały w środku.

Ludzie myślą, ze skoro potrafią strzelać i polować to wystarczy do tego, żeby wkrótce zostać profesjonalnym myśliwym. Niestety te dwie umiejętności są może najwyżej jedną czwartą tych koniecznych w tej profesji. Zanim weźmie się klienta na safari należy go najpierw znaleźć. Dlatego też należy mieć kontakty (znajomości) z biurami podróży, które zajmują się safari. Prawdopodobnie musisz odwiedzić Amerykę, Europę albo jakieś inne miejsca wiedzieć piekielnie dużo na temat marketingu. W końcu oferujesz pewne usługi i musisz znaleźć na nie nabywcę. Niezbędne są znajomości z ludźmi z pewnych kręgów, jakieś kół myśliwskich w wielu krajach, nie tylko w Kenii. Musisz poznać swoich przyszłych kompanów po fachu, a nie jest łatwo zostać zaakceptowanym w ich środowisku. Łatwo jest zarezerwować odpowiednie hotele i loty w danym czasie, ale trzeba wiedzieć wiele więcej. Przez te kilka dni polowania w południowej Tanganice i północy Kenii, kiedy trzeba zmieniać obóz i kiedy może to potrwać kilka dni, aby przejechać 500- 600 mil, trzeba znaleźć miejsce w Dar-as-Salaam, Tandze, Mombasie, Malindi lub Lamu. Często klienci chcą mieć kilka dni odpoczynku od polowania. Safari w tamtych czasach były uważane za krótkie jeśli trwały poniżej 21 dni i klienci musieli za nie płacić 10% więcej.

Przed przyjazdem turystów ktoś musiał zdobyć pozwolenie na import amunicji i broni w departamencie policyjnym.

Kenia była podzielona na 90 okręgów łowieckich, które trzeba było rezerwować z dużym wyprzedzeniem w Departamencie Gier, wybierając odpowiednie tereny na trofea dla poszczególnych klientów, a w tym celu trzeba znać te tereny bardzo dobrze.

Niektóre tereny, w większości górzyste, miały jedynie kilka tysięcy hektarów, ale inne na północy mogły sięgać 30000 km.kw. Jak wszędzie indziej biurokracja wdarła się też do biznesu strzeleckiego, dlatego ilość papierów, które każdy musiał wypełnić była bardzo duża; były różne specjalne licencje na poszczególne zwierzęta, a na inne Można było polować na ogólnej licencji; każdy papier miał inna cenę, którą trzeba była zapłacić w formie zaliczki i tylko gotówką. Trzeba było posiadać  listę zastrzelonych gatunków, a jej kopię wysłać do okręgowego inspektora a oryginał do Departamentu Łowiectwa w Nairobi, gdzie opłacano trofea.

Jeżeli klienci przyjeżdżali z rodziną albo przyjaciółmi, którzy nie chcieli tygodniami tarzać się po buszu, trzeba było zorganizować dla nich odrębne fotograficzne safari na wybrzeże, do parku narodowego albo rezerwatów, gdzie znów konieczna była rezerwacja odpowiedniego zakwaterowania, transportu i przewodników.  Miałem szczęście, jako że Didi przejęła te wszystkie obowiązki i wszystko pracowało jak w zegarku. Musiałem zgromadzić odpowiedni sprzęt, ale też nauczyć się jak go zapakować i załadować na ciężarówki. Źle zapakowane namioty po ośmiogodzinnej podróży wyboistymi drogami, nadają się jedynie do wyrzucenia po jednym takim safari. Nie mieliśmy lekkich aluminiowych rurek namiotowych, tylko grube ciężkie drewniane kolumny, które potrzebowały dwóch ludzi do rozłożenia namiotu o wymiarach 9x12 stóp z podwójnym dachem i 5-cio stopową werandą, wszystko to z ciężkich pokryć robionych z wojskowych materiałów albo brezentu jeszcze cięższe były lodówki z gazem i benzyną.

W 1965 roku Kasiunia zrobiła komódkę z szufladkami na chińską zastawę, talerze czterech rozmiarów, kubki, szklanki trzech rodzajów, solniczki, sztućce, ponadto czajnik, butle wody itp. Komódka spisała się znakomicie. Dwukrotnie wypadła z ciężarówki i przeturlała się co najmniej 30 stóp a nawet jedna rzecz się nie zbiła. Po 34-ech latach nadal nam służy.

Na dodatek musiałem przeszkolić całą ekipę wraz z kucharzem, kierowcami, tragarzami, nosicielami broni i skinerami. Potrzebowałem także dwóch zestawów radiowych. Mogę jedynie powiedzieć, że trwało to kilka lat, zanim wszystko skompletowałem.

Mówiąc o samym polowaniu, sukces leży w dobrej współpracy i wzajemnym zaufaniu pomiędzy trojgiem ludzi, którzy tworzą drużynę, działają, reaguja i myśla w ten sam sposób. Taka drużyna składa się z tropiciela, myśliwego i nosiciela broni, którzy mogą na siebie liczyć w stu procentach. Ludzie często zapominają, ze polowanie „big game” może być bardzo niebezpieczne, a większość wypadków zdarza się przez głupotę i ignorancję. Przez pierwsze pięc lat byłem tylko profesjonalnym myśliwym, przez następne dziesięć byłem dobrym profesjonalnym myśliwym. Oczywiście jest to moja własna opinia na mój temat i ktoś mógłby się z tym nie zgodzić, ale wydaje mi się, ze wiem, o czym mówię, jeśli chodzi o polowania w Afryce.

Konieczna była znajomośc terenów najbardziej popularnych/uzywanych, ponieważ inspektorzy chcieli, abyśmy rozbijali obozy w kilku wygodnych miejscach, skąd mogli kontrolować każdy nasz ruch. Angielskie wschodnio afrykańskie prawo było bardzo surowe, a inspektorzy okręgowi bardzo go przestrzegali, więc jeśli się je złamało, trzeba było poniesc surowe konsekwencje. Strzelanie z pojazdów albo nawet stojąc blisko pojazdu było zabronione i surowo karane. Zranienie zwierzęcia bez późniejszego dobicia go groziło zazwyczaj cofnięciem licencji. Strzały w samoobronie do zwierząt, na które nie posiada się licencji musiały być raportowane z dokładnym opisem zdarzenia i było potem sprawdzane przez inspektorów na miejscu zdarzenia, więc podanie fałszywych informacji zazwyczaj wychodziło na jaw.

Nie mogę nawet zliczyć wszystkich funkcji, jakie myśliwy musiał spełniać podczas polowania: musisz być kierowcą, trochę mechanikiem, kucharzem, doktorem, pielęgniarką, a ponadto psychologiem w kontaktach z klientem, szczególnie z kobietami. Wielu myśli, że myśliwy ze swoją strzelbą w dłoni przed stadem bawołu albo wieczorem opowiadając swoje historie wychodzi na bohatera i powoduje dreszcze oraz zachwyt u swoich słuchaczy. Musicie jednak uważać, bo często te dreszcze i zachwyt mogą przerodzić się śmieszność i znajdziecie się w kłopotliwej sytuacji, z której niełatwo wyjść!

 

Czyż wspomnienia Księcia Sapiehy nie wprowadzają w romantycną zadumę? Czy nie prowokują marzeń i czy nie są inspiracją do planowania nowej wyprawy na wiosnę?

 

Andrzej Niewiadomski

 


Reklama